Witajcie!



Kilka słów o blogu.

1. Komentarze karmią wenę! (Ponaglenia także.)

2. Wszystkie opowiadania są mojego autorstwa.

3. Proszę o nie kopiowanie i nie rozpowszechnianie tekstów bez mojej zgody. Jest to plagiat i będę na to reagował.

4. Nie czerpię korzyści z prowadzenia bloga.

5. Jeśli autor którejś z grafik nie życzy sobie jej upubliczniania, wystarczy, że da znać w komentarzu pod postem, a grafika zostanie usunięta.

6. Jeśli nie zostawiasz opinii, pozostaw proszę ocenę pod przeczytanym opowiadaniem, aby nam wszystkim żyło się łatwiej i przyjemniej, a ja dzięki temu będę wiedział, co należy zmienić lub poprawić.

7. Ankiety są okresowo, na dole strony.

8.Większość bohaterów występujących w poniższych opowiadaniach została zaczerpnięta z istniejących już w popkulturze, rozpoznawalnych postaci. Tworząc fanfiction bądź slash, nie robię tego z powodów komercyjnych. Dziękuję za uwagę.

sobota, 15 kwietnia 2017

Ultimatum diabła


Arathon, część 5



Obudzili się w lochach. I Arathon, i Eltar.
Dokładniej: obudziła ich woń krwi.
- Spodziewałem się po tobie większych oporów, Arri. Zdecydowanie zawiodłeś moje oczekiwania. - odezwa się leniwie rozbawiony głos Alverana - Głodni, hmm? Złapałem was nie w porę?
 Król wampirów wstał zza biurka, wylewając zawartość butelki z krwią na ziemię.
 - Ups. Cóż, teraz z pewnością już jesteście głodni.

Arathon uniósł głowę i szybko zorientował się, że ma na szyi stalową obrożę, która przykuwa go do ściany.
 - Alveran! Cóż się stało, że muszę cię widzieć? Zatęskniłeś za moim jakże przystojnym licem? Ha! Mówiłem, że tak będzie. Nie wytrzymałeś nawet dziesięciu lat, tak się wytęskniłeś!
Eltar nie odzywał się, przesuwając spojrzeniem od jednego starego wampira do drugiego, pewnie jeszcze starszego.
 - Stęskniłem? - zdziwił się król ciemności - Za tobą? Z pewnością oszalałeś, jeśli przyszło ci to do głowy. Prawdę mówiąc, zrobiłbym wszystko, żeby nie widzieć już twojej irytującej gęby aż do końca świata, ale, niestety, znowu złamałeś moje prawo, i znów muszę cię za to ukarać.
- Oooch, taak? - wyszczerzył się Arathon, nawet nie próbując ukryć, że sprawdza solidność kajdan, które przykuwały go do ściany, także za nadgarstki - Ostatnio kiepsko ci poszło, z tego co pamiętam. Pobiliśmy się, nie? Wpadłeś w szał. Zniszczyłeś sobie z pół zamku. Fajnie było, nie powiem, chcesz to powtórzyć?
 - Zamilcz! - Alveran bez zastanowienia strzaskał butelkę na jego głowie, pozwalając, by szkło powbijało się w twarz czerwonowłosego wampira - Na całą magię świata, naprawdę łudziłem się, że znormalniałeś, i naprawdę muszę zrezygnować z tej wersji... Znowu.
 Odrzucił za siebie szyjkę od butelki, wyciągnął zza pasa nóż.
 - Ooo, masz nową zabawkę? - zadrwił Arathon, nic sobie nie robiąc z obrażeń - Faajna, a umiesz jej w ogóle używać?
Alveran już się nie uśmiechał.
 - Posrebrzana, jak zapewne dobrze czujesz. Ale czy potrafię się nią bawić?... Nie wiem. Zaraz to sprawdzę... - odszedł od Arathona i luźnym krokiem podszedł do Eltara - ...Na nim.
 Eltar szarpnął się w panice, czując odór srebra. Wbił przerażone spojrzenie w Arathona, czekając na jakąkolwiek pomoc, zaś Arathon spasował nagle, i również przestał się wygłupiać.
 - Żartujesz chyba - książę szarpnął kajdanami dużo mocniej, niż poprzednio - On nie jest niczemu winien! Zostaw go! Zostaw, do kurwy nędzy, przecież nic ci nie zrobił!
Alveran wzruszył obojętnie ramionami. Przyłożył ostrze do gardła elfa.
 - Ale ty zrobiłeś. A ty zrozumiesz swój błąd dopiero wtedy, gdy odbiorę ci coś, na czym ci zależy, bo nie zależy ci na tobie samym, jesteś na to za głupi. Muszę więc nauczyć cię zasad poprzez niego. Sam do tego doprowadziłeś.
 - Przestań! Wypuść mnie i walcz, ty tchórzu! Walcz ze mną! Nie masz prawa go tknąć! - ryknął wampir.
 - Mam największe prawo, jakbyś nie pamiętał - poprawił go Savgar Alveran - Mam prawo zrobić z nim wszystko, co mi się spodoba, bo złamałeś moje zasady. Mogę go zniszczyć, mogę pozwolić mu konać przez setki lat, mogę wziąć go sobie do haremu albo zrobić z niego gladiatora do walk, właściwie mogę wymyślić dosłownie wszystko, i tylko od ciebie zależy, jak bardzo on na tym ucierpi. - wyjaśnił spokojnie, ocierając płaską częścią o szyję elfa, i tym samym wywołując poparzenia w tym miejscu - Chyba, że szybko zaczniesz współpracować.
- Arathon, zrób coś! - wrzasnął elf, wijąc się w więzach z bólu, bez żadnego skutku - Czego chce ten sadystyczny pojeb?!

Król wampirów zacmokał z niezadowoleniem.
 - ,,Pojeb"? Chyba pomyliłeś osoby, dziecino. To twój kochaś jest pojebem. Ja jestem tu od pilnowania prawa. Prawa, bez którego tacy jak ty i on nie przeżyliby w tym świecie nawet dnia. Jestem twoim królem, tak się niemiło składa.
- Alveran, zostaw go! - warknął Arathon, teraz już wyraźnie wściekły - Będę zmieniał kogo chcę i kiedy chcę, a tobie nic do tego! Jestem od ciebie starszy i masz mnie słuchać!
 - Jesteś starszy i głupszy, i to ja tobą rządzę - odwarknął Savgar, odejmując sztylet od skóry elfa - Gdyby było inaczej, to ty siedziałbyś na tronie, a jak dobrze wiemy, nigdy go nie miałeś.
 - Czego chcesz?!
 - Chcę twojej uległości, Arathon. Uległości i szczerej służby, i należy mi się to z racji stanowiska. - odrzekł król wampirów.
 - Nigdy. - książę zacisnął dłonie w pięści, a tęczówki rozjarzyły się furią - Prędzej zginę, niż dam ci wygrać.
- Raczej on zginie, i to tylko przez twoją głupią dumę. - wskazał na Eltara i wbił mu ostrze w bark. Młody wampir wrzasnął z bólu. - I to zginie bardzo paskudną śmiercią, żebyś zapamiętał sobie, że nie należy mnie drażnić. Ciebie zostawię tutaj, na wieki, żebyś nabrał trochę rozumu.
 - Zostaw go! Zostaw! Dogadajmy się. - Arathon był nieco spanikowany -  Musisz czegoś chcieć. Po coś mnie tu trzymasz i nie jest to kwestia złożenia ci przysięgi wierności, już to przerabialiśmy. Czego chcesz naprawdę?

Alveran zostawił ostrze w ciele elfa i udał, że się zastanawia.
 - Mam to uznać za kapitulację? Chcesz mi coś dać w zamian? Coś - za jego życie? Dobrze rozumiem?
 - Dam ci wszystko, tylko go wypuść. Ale nie swoje poddaństwo. - zaznaczył książę.
- Och, dobrze więc. Chcę więc rozrywki. Dasz mi ją? Dasz mi cokolwiek zechcę, Arathon? Przecież właśnie ją sobie biorę. Czym mógłbyś mnie usatysfakcjonować bardziej? Gram ci na nerwach i dokonuję zemsty, czy może być coś bardziej przyjemnego?
 - Na pewno jest coś, czego byś chciał. Robisz to wszystko w jakimś celu. - uświadomił mu.

Król znowu udał, że się zastanawia.
 - A jeśli to twój kochaś miałby mi złożyć przysięgę wierności, co wtedy? Powiedzmy, że wtedy go wypuszczę. Będzie moim sługą.
 - Nie! Mowy nie ma. On jest mój! - zaprzeczył ostro czerwonowłosy.
 - Cóż więc. Raczej się nie dogadamy.
 - Wiem, że chcesz mnie złamać. Wiesz, że nie dasz rady. Ale mogę dać ci coś, czego potrzebujesz. Ściągnąłeś nas tu razem. Chcesz przedstawienia? Rzewnych scen? To ma zaspokoić twój brak emocji? To twoje złamane serce? Chcesz w końcu coś poczuć, o to chodzi? - naciskał, spoglądając na cierpiącego Eltara.

Alveran zamarł, jakby Arathon trzasnął go właśnie w twarz.
 - Coś ty powiedział? - podszedł do wampira, i chwycił go za gardło - Za kogo ty się masz, psie?
 - Może nie jasnowidza, ale na pewno kogoś, kto zna ból po stracie miłości - powiedział hardo wampir - A ty miotasz się odkąd odszedł Iattarno, to znaczy jakieś dziesiątki lat, nie?
 - Nie przypominaj mi o tym – ostrzegł go Alveran – Nie masz pojęcia co się wtedy stało.
 - Zabiłeś go – uściślił Arathon – W paskudny sposób.
To wyprowadziło Alverana z równowagi. Wypuścił ostrze z rąk i chwycił wampira za gardło. Wbił mu pazury pod szczękę.
- Ale nie martw się! Ja również zamordowałem kogoś ze swojej rodziny w paskudny sposób. - kontynuował Arathon przyduszonym głosem, nadal niezrażony, choć wyraźnie ranny, z dobrą miną do złej gry - Tylko ja nie wypominam sobie tego przez taki szmat czasu, to musi być strasznie męczące, mam rację?
 - Arathon, może lepiej nie... - odezwał się Eltar, spoglądając z coraz większą wątpliwością w stronę coraz bardziej wściekłego króla ciemności - Nie gadaj tyle, co? Chyba... nie polepszasz sytuacji.
- Co więcej, zabiłeś Iattarno i zostawiłeś jego ciało w wannie krwi, i poszedłeś sobie na spacer, jakby cię to wcale nie obeszło... - ciągnął Arathon, niepomny na fakt, że Alveran zwyczajnie go dusił - I nawet nie przyszło ci do głowy, by sprawdzić, co się stało z jego ciałem, kiedy już wróciłeś - wydyszał.

Savgar puścił go z odrazą, wbijając w niego spojrzenie rozjarzonych wściekle ślepi.
 - Skąd wiesz? - warknął, zaciskając rękę w pięść, i czując jak coraz bardziej traci nad sobą panowanie - SKĄD... TO... WIESZ?!
 - Bo tak się składa, że innym akurat przyszło do głowy by sprawdzić, co dzieje się z ciałem wampira czystej krwi, który właśnie przysłowiowo wyzionął ducha - wykasłał z siebie Arathon, hardo udając, że nie czuje bólu - Gdyż chodziła plotka, że można takiego wskrzesić na nowo... Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby ktoś wskrzesił takiego Iattarno i podporządkował sobie go jak psa jako jego ojciec krwi?
 - Nie można wskrzesić trupa, durniu! - Źrenice króla zmniejszyły się do dwóch pociągłych linii, niczym u kobry - Nie można! Nikogo nie przywróci się do żywych, kiedy jest rozczłonkowany, nikogo, zaręczam ci!
 - A widzisz! Twoje poręczenia są bezwartościowe, bo właśnie można. Można, i ja wiem, że ktoś to zrobił. To nie twoja służba wywlokła jego trupa z zamku. Nie ona.
Alveran milczał. Milczał w martwej ciszy, czekając na dalszy ciąg wyjaśnień.
 - Co gorsza, ten sam ktoś oprócz Iattarno, zgarnął sobie również Szkatułę Czasu, o wiele, wiele wcześniej. Dlatego wiem o całym tym zajściu. Jak ci zapewne wiadomo ja osobiście poszukuję jej od wieków. I co? Głupio ci teraz, heh?
Alveran milczał dalej. Czerwone ślepia przygasły. Rozprostował dłoń.
 - Jesteś szaleńcem i twoje słowa nie mają żadnego pokrycia - westchnął z irytacją, po czym podniósł nóż - Lecz zanim zdołasz namieszać w głowie i mi, po prostu się ciebie pozbędę.
 - Ho ho, hola! - Arathon uśmiechnął się nieprzyjemnie, po czym szarpnął kajdanami tak, że od ściany oderwały się kawałki muru - Zaczekaj z tym jeszcze, nie wiesz o najlepszym! Wiesz, gdzie jest teraz twój biedny odrodzony kochanek i jego nowy tatuś? Wiesz?
- Gadasz idiotyzmy - zaparł się Alveran, choć jego dłoń zadrżała przed ruchem, którym miał mu poderżnąć gardło - Nie wierzę w ani jedną z twoich historii.
 - Gdybyś mi nie wierzył, nie dałbyś mi mówić, ale ty chcesz mnie słuchać - Arathon przechylił głowę, nachylając się z lekka w jego stronę i oblizując powoli dolną wargę - Daję ci właśnie rozrywkę, dla której mnie tu ściągnąłeś... Opowiem dalej, ale najpierw... Dasz mi pić. I uwolnisz Eltara.
 - Twoje szaleństwo jest niemal tak samo irytujące, jak twoja zuchwałość. Ale w jednym masz rację. Zdołałeś mnie zainteresować. Niemniej jednak: nie będziesz stawiał mi warunków. Najpierw powiesz mi wszystko co tylko zechcę, a dopiero potem zastanowię się, czy sobie na coś zasłużyłeś. - podsumował król.
 - Mogę postawić ci coś więcej niż warunki, ale najpierw dasz mi to, czego chcę, zaś dopiero potem przejdziemy do twoich potrzeb - odparł przekornie Arathon, przymykając z lekka ślepia rozjarzone głodem.

 Alveran również przymknął ślepia, w bardzo podobny, prowokacyjny sposób.
Eltar zorientował się, że to nie miało nic wspólnego z przypadkiem. Oba wampiry próbowały właśnie użyć swojej mocy uwiedzenia i opętania swojej ofiary, siłując się, kto był w tym lepszy. Powietrze zrobiło się ciężkie od napięcia, a pomieszczenie coraz bardziej wypełniało się mocą. Nowonarodzony był w tym bezradny jak dzieciak, nieodporny w najmniejszy sposób. Szybko zrobił się twardy z pożądania, i tok jego myślenia spełzł z ucieczki na znacznie bardziej przyjemne tory. Patrzył na nich wielkimi oczami, przygryzł dolną wargę. Jeszcze tego brakowało, żeby obaj zaczęli się teraz pieprzyć na jego oczach.
Żaden ze starych wampirów nie zwrócił na to uwagi.
- Masz się poddać. - warknął Alveran.
 - Bo co? - parsknął książę - Będziesz mnie teraz podrywał? Wiem, że na mnie lecisz, ale bez przes... -
Król wbił posrebrzane ostrze w ścianę tuż przy jego twarzy.
 - Nie - wyszeptał, podejrzanie łagodnym głosem - Nie ja ciebie...
Odszedł od Arathona, zbliżył się do Eltara. Wyjął klucze. Bardzo powoli odpiął go od ściany, pod czujnym spojrzeniem księcia. Zanim zajął się kajdanami, zbliżył się i westchnął młodemu wampirowi bardzo blisko szyi, wciągając jego zapach. Opętał go bez trudu, zrobił swoją ofiarą, bezwolną podnieceniu. Nie musiał nawet go dotykać. Eltar jęknął, niepocieszony, kiedy król odsunął się kawałek do tyłu, i zaczął się szarpać, byleby tylko być bliżej niego.
 - Jak ci się podoba taki układ? - spytał zimno, wpatrzony w Arathona. I Arathon przegrał. W tak banalny, przewidywalny sposób. Zagryzł zęby, zacisnął pięści.
- Więc od czego mam zacząć, królu? - zapytał, opuszczając wzrok.


piątek, 10 lutego 2017

Arkana Avalonu - Wiarołomca

Odświeżona seria Mordreda. Bardziej ponura od pierwowzoru. Dla osób o mocnych nerwach. +18 







Nazywam się Mordred la Fay i jestem największym zbrodniarzem czasów walk Saksonów z Brytami, a oto moja historia po ostatecznej bitwie z Rycerzami Okrągłego Stołu i moim ojcem, królem Arturem...

Więc: dawno, dawno temu...
Nie! Tym razem wystarczy już kłamstw.
Powiem wam, jak było naprawdę.

 To było wczoraj.
To wczoraj przykuli mnie do pala i wykastrowali jak psa. Nie owijajmy w bawełnę. Dokładnie tak było. Choć... Przebiegło to może nieco bardziej dramatycznie. Żadne ze słów, które tu padną, nie opiszą podobnego bólu. Kiepski ze mnie gawędziarz, a szczegóły z tego momentu wolę jednak zachować dla siebie.
Ach, miałem nie kłamać? Więc dobrze, opiszę to. Ale sami tego chcieliście.

*


 - Njor! Dawaj tu! Ten jeszcze oddycha!
 - Psiamać, Gregg, nie widzisz, że jestem zajęty? Pierdolone ścierwa, dobijać to wszystko, i to na co? I tak by pozdychali w tym zimnie...
 - Njor, rusz dupę i mi pomóż! Ten skurwysyn zabił króla Artura!
 - CO? Dorwałeś tego saksońskiego zdrajcę?! Czemu nic nie mówisz?

I tak oto dwie pary rąk wyrwały mnie spod ciepłego stosu trupów i przywróciły świadomość tego, że żyję. Nie pamiętam momentu podróży. Zdaje się, że ciągnęli mnie po ziemi aż do swojego komendanta. Przeciągnęli mnie po całym polu bitwy razem ze złamaną lancą w brzuchu. Chyba tylko dlatego, że nie wypadła, nie wykrwawiłem się do reszty.


 - Njor z drugiego pułku, komendancie! Melduję odnalezienie Mordreda la Fay. Jeszcze żyje. Czekam na rozkazy!
Uchyliłem powieki. Powietrze zaszczypało w oczy i od razu sypnęło w nie piachem, którym byłem pokryty. Zakasłałem gwałtownie, próbując wypluć zalegającą krew, ale zarzęziłem tylko w kompromitujący sposób i dusiłem się dalej, prawie niepomny na rozgrywającą się scenę.


 - To ten? Na pewno? - odezwał się obcy głos – Ha, faktycznie, to ta parszywa, gadzia morda. Powieście go na drzewie, niech się reszta napatrzy... Albo nie, stać! Stać, nie można z nim tak, toż to wszak bękart króla... Do diabła, przecież on nie dożyje procesu... A wypadałoby go skrócić o głowę na rynku w Camelocie. To inaczej. Niech zdechnie przy palu, tutaj, w Calman. Podbudujemy trochę morale naszych. Niech patrzą.

Rozkasłałem się na dobre, obejmując się rękoma, z twarzą na ziemi.

Chciałem zaprotestować, powiedzieć coś o okupie, by zyskać trochę czasu, ale nie byłem w stanie wyrzec ani jednego wyraźnego słowa. Ktoś kopnął mnie w bok i tym samym ból wykluczył mnie na kolejne parę minut rozmowy.

 - Ale nie tak normalnie, psiamać. Njor. To nie jest panienka z wyższych sfer, ta gnida ma cierpieć, zanim zdechnie! Niech się chłopcy pośmieją, to przez niego przecież musieli walczyć. Utnijcie mu klejnoty, należy mu się, wiarołomcy.

Tym razem zdołałem zaprotestować, nawet z krwią w płucach i z zamkniętymi oczami.

 - Nie możesz! - warknąłem, prychając w piach – Jestem synem króla, prawą ręką Hengista, na pewno dostaniesz sowity okup, nie możesz!...
Znowu kopniak, tym razem w brzuch. Zwinąłem się w sobie i zwymiotowałem. Zaćmiło mi wzrok, wraz z kolejnym poruszeniem się.

 - Uciszcie to ścierwo. - padł rozkaz od mojego oprawcy – Do pala go, i nie dajcie mu przedwcześnie zdechnąć. Nie dość, że zdrajca, krzywoprzysięzca i ojcobójca, to jeszcze poganin. Pfe! - splunął obok mnie – Niech wraca do diabła, tam, skąd przylazł!

Pociągnęli mnie po suchej trawie dalej. Moja głowa obijała się bezwładnie o wystające kamienie. Byłem słaby jak pisklę, które wypadło z gniazda. Bolała mnie każda część ciała, choć nie ta, której ból miałem zaraz poznać. Gorączkowałem, dusiłem się i byłem szczerze zdziwiony, że nadal nie straciłem świadomości.

Przywiązali mnie powrozami do drewnianego słupa. Nie miałem nawet siły, by podnieść głowę. Walczyłem, by nie krztusić się żółcią, która z bólu podchodziła mi do gardła. Ale widziałem w tym wszystkim jedną pozytywną stronę. Szybką śmierć. Nie wyobrażałem sobie, bym przeżył coś takiego.
Nie bawili się w czyszczenie noża, ani nic podobnego. Ściągnęli mi spodnie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem; jeden trzymał brudne, krótkie ostrze, zaś drugi - rozżarzony pogrzebacz.

 - Błagam... - jęknąłem, resztą sił próbując uwolnić się z więzów, choć wiedziałem, że to na nic.

W końcu przez gardło przeszło mi coś wyraźnego.


 - ...Błagam, nie. Zrobię wszystko, tylko... -

Odjęło mi dech. Wiedziałem, że mi nie odpuszczą, chcieli ode mnie przedstawienia. Wszyscy go chcieli.

Morderd Zdrajca, w końcu złapany, zhańbiony i konający na ich oczach? To musiało być satysfakcjonujące. Zło, które zostało pokonane, sprawiedliwość, która zwyciężyła. Należało mi się to w końcu za wszystkie moje przewinienia, razem z tym, że w ogóle przyszedłem na świat, prawda?
Dziecko z kazirodczego związku, książę, który zdradził swój kraj, kłamca, odszczepieniec, potwór. Tym właśnie byłem w ich oczach.

Cięcie nie było ani krótkie, ani czyste. Zawyłem z bólu, słysząc ich zadowolony rechot. Dziesiątki żołnierzy i ja, półnagi. Pół drzewca włóczni Artura zakleszczyło się pod dziwnym kątem w moich żebrach i brzuchu.
 Zagryzłem zęby i zamknąłem oczy. Kolejny krzyk przeciął powietrze i poniósł się o wiele dalej, niż sięgało pole bitwy. Gorąca krew pociekła mi po nogach, ale ja już o tym nie wiedziałem. Nie patrzyłem, nie chciałem wiedzieć. Mój świat umarł razem z moją dumą.
 Wisiałem jak kukła, kiedy przypalili ranę pogrzebaczem i odeszli, dając mi skonać.
A przynajmniej tak mi się wydawało.

Byłem zdrajcą, więc nie zasługiwałem na pochówek. Zostawili mnie na pokarm dla kruków i wron.
Ale jednak obudziłem się. Kiedy otworzyłem oczy, był rześki, bezchmurny ranek. Uniosłem głowę bez chęci istnienia i bez żadnej nadziei. Ciepłe promienie słońca jak na złość załaskotały mnie w twarz.
Wtedy poczułem ból. Pierwsze uderzenie pobiegło od lędźwi i trzewi do góry, potem odezwała się rana od włóczni. Okazało się, że wyjęli drewno i tę ranę również przypalili, żebym się zbyt szybko nie wykrwawił.
 Przeklinałem swoją wolę życia, kiedy łzy bezradności napłynęły mi do oczu. Popłakałem się jak dziecko. Żałośnie i głośno. To był ostateczny koniec hardego Mordreda la Fay.
Nie wiem jakim cudem powrozy puściły. Nie wiem jak uniosłem się z ziemi, doczołgałem do lasu i znalazłem w nim strumień. Znalazłem też stary prowiant z wojska, dwa złamane kije, które potraktowałem jak kule i nie myśląc właściwie o niczym, ruszyłem prosto przed siebie, podpierając się i kuśtykając, byle dalej od stosu trupów i smrodu zgnilizny.
Chciałem umrzeć w lepszym miejscu. Ładnym. Spokojnym. Miałem do tego prawo. Nie w pyle, wśród wron i zwłok.
 Szedłem długo, tak mi się zdawało. Kiedy nastał w końcu mój kres sił, znalazłem naprawdę miłe miejsce.
Na polanie była mgła, ale przez gęste korony drzew przebłyskiwało ciepłe słońce. Padłem bez sił, już nie oddychając – a rzężąc. Czułem zakażenie w całym ciele. Żyły na moich dłoniach nabrały fioletowego koloru. Cuchnęło stęchlizną. Tym razem straciłem przytomność nie z bólu, a z wycieńczenia. I tak właśnie miało być.

 Nie zabił mnie Artur, nie zabiło jego beznadziejne wojsko, nie zabiła mnie matka, kiedy tylko dowiedziała się, że ma bachora z własnym bratem. Nie zabiła mnie ambicja ani moje knowania, a jednak nie mogłem umrzeć z honorem. Teraz byłem niczym, i to we własnych oczach. I to właśnie mnie zabijało.
Nie pożegnałem się ze światem. Nie było mi żal odchodzić. Chciałem tego i pragnąłem teraz jak nic innego. Pamiętam, że pomiędzy charkoczącym wdechem i świszczącym wydechem zacząłem się śmiać. Dopiero wtedy nastała ciemność.

*

Mgła była gęsta, ale postać, która leżała na ziemi, wyraźnie odznaczała się na zielonej trawie.
Była tu jedyną niepasującą formą. Cały las przepełniało życie i spokój. Wszystko inne było ciche. Nie niosło ze sobą bólu i nienawiści.
 Opary rozstąpiły się, ukazując postać spowitą w białe szaty. Zjawa przysunęła się do leżącego, opadła przy nim na kolana i wyciągnęła nad nim rękę.
Krótkie, białe światło spowiło rannego opalizującym całunem, a potem wszystko rozmyło się w mlecznej poświacie.

*


 - Elleandere. Via el a moor. Elleandere. Inesaare.

Czułem, jak okala mnie ciepło. Coś, a właściwie ktoś dotykał mojego brzucha i mamrotał pod nosem jakieś formuły w nieznanym mi języku.


- Endrasse. Via el a moor...

Dłoń o idealnie gładkiej skórze zsunęła się niżej, dokładnie w to miejsce, którego już nigdy nikomu nie miałem zamiaru pokazywać.

Zakasłałem gwałtownie, wybudzając się z półsnu. Dłoń nie odsunęła się, nie znikła. Pomimo ciepła - ścierpła mi skóra, a serce ruszyło szaleńczym galopem, kiedy dotarło do mnie, że nadal nie umarłem. Że ktoś dotykał mojego poharatanego krocza, zabierając tym cały ból. Że nie mogę zrobić nic, by na to nie pozwolić.
 Były pewne granice mojej cierpliwości. Mogłem ścierpieć naprawdę wiele, ale za nic w świecie, nawet gdyby mnie torturowali, nie zamierzałem przyznawać się do tego, że jestem kaleką. Nawet, jeśli byłem w Niebie, i leczył mnie anioł, pierwszą reakcją, jaką poczułem, była chęć chwycenia go za gardło.

 - Przestań! - charknąłem, tylko w swoim mniemaniu mówiąc to wyraźnie – Daj mi w końcu zdechnąć! Dajcie mi wszyscy zdechnąć, do cholery! Chcę tego, rozumiesz?!

Otworzyłem oczy, ale natychmiast zasłoniłem je przedramieniem, kiedy światło zakuło w nadwrażliwe źrenice.

Dłoń nie cofnęła się.

 - Elleandere...
 - Zostaw mnie! Przestań, słyszysz?!

Tylko częściowo udało mi się zasłonić oczy. Poczułem ucisk na nadgarstku. I na drugim także. I na kostkach nóg.

Byłem związany?

 - Co jest, do kurwy...?
 - Przestań wierzgać. - uciszył mnie chłodny, obcy głos.
 - Wypuść mnie! Jestem synem króla! Jestem księciem!
 - Jesteś w moim domu. Nie interesuje mnie kim kiedyś byłeś.

To uciszyło mnie niemal od razu. Przez przymrużone oczy dostrzegłem chłopaka o bardzo jasnej skórze, świecących oczach i białej, wyraźnej poświacie.
 Na bogów, gdybym w nich wierzył, mógłbym przysiąc, że widzę anioła.

Ta sytuacja wydawała się być tak nierealna, że ledwo zbierałem myśli. Akcent mężczyzny miał jakąś dziwną, melodyjną nutę, zdecydowanie różnił się od naszego. Zresztą, nie tylko akcent go wyróżniał. Jego włosy miały srebrny kolor, niczym ostrze nowego miecza. Nie siwy, po prostu srebrny. Tęczówki były niemal żółte, a gdy padało na nie ciepłe światło, nabierały złotego blasku. Twarz o regularnych, ostrych rysach i migdałowych oczach niechybnie zdradzała krew wysoko urodzonego. Miał ostro zakończone uszy. Poza tym, jak 
na mężczyznę był bardzo zadbany. Z wyszczególnieniem tego bardzo. Na mój gust, za bardzo, jeśli rzeczywiście miał uchodzić za mężczyznę.
Skrzywiłem się.

- ...Elleandere. Inesaare. - odsunął w końcu rękę i nakrył mnie białym prześcieradłem, odstępując krok w tył – Skończone.


Łypnąłem na niego spode łba. Skończone? To znaczy jego leczenie? Wcale go nie chciałem!

 - To bezcelowe, i tak dam się zabić, jak tylko stąd wyjdę – sarknąłem, nie mając pojęcia, jak zareagować na to wszystko. I na niego, to jego opanowanie.
 - Dlatego nie wypuszczę cię, dopóki ci nie przejdzie – odparł z zimnym spokojem, wycierając dłonie w czystą szmatkę – Przez ostatnie trzy dni mówiłeś to w majakach chyba ze sto razy.

Chłopak przestał się świecić, albo wcześniej miałem tylko jakieś przewidzenia. Nadal jednak nie wyglądał zwyczajnie. Nie było w nim nawet krzty zwyczajności.


 - Dlaczego to robisz? - spytałem, zły nie na żarty. Nie wierzyłem w to, co się dzieje – Nie prosiłem cię o pomoc!
 - Zwierzę, które kona, również nie prosi o pomoc, ale to wcale nie znaczy, że jej nie potrzebuje - odparł, cofając się z zasięgu światła świec, w mrok. - I nie znaczy, że jej ode mnie nie dostanie.
 - Nie jestem zwierzęciem! - ryknąłem, czując narastającą gdzieś w środku desperację – Nie jestem...!
 - ...Nie jesteś. Z pewnością – przerwał mi – Ale właśnie zachowujesz się jak wilk zaplątany we wnyki. Uspokój się, to przestanę cię tak traktować. Warczałeś i rzucałeś się po łóżku, musiałem cię związać, żebyś nie zrobił sobie krzywdy, rozumiesz?
 - Gdzie się znajdujemy? - zignorowałem jego wyjaśnienie – W Niebie?
 - Jesteś u mnie w domu – powtórzył obcy mi uzdrowiciel – W środku lasu. Nie umarłeś, choć bardzo się o to starałeś. Jeśli o to pytasz. A teraz powinieneś coś zjeść. Mogę cię nakarmić, czy będziesz stawiać opór?

Szarpnąłem się w więzach. Oddychałem ciężko, ale nie miałem już krwi w ustach. Musiałem przyznać, że nic mi już nie dolegało. Fizycznie. Nie czułem wcale bólu.

 - Nie wiem kim jesteś, ani jak tu się znalazłem. I ty nie wiesz, kim jestem. Jestem mordercą. I kłamcą. Zawodowym, można powiedzieć. Popełniłeś błąd, utrzymując mnie przy życiu. - wywarczałem, odnajdując w sobie stare pokłady nienawiści, które mogłem nagle ukierunkować na jedną osobę.

Chłopak stał w cieniu, a biel jego szat nadawała mu wyglądu zjawy. Był iluzoryczny jak sen. Równie dobrze mógłby nie istnieć. Patrzyłem na jego świecące oczy, pozwalając, by zalała mnie wściekłość. Słuchałem – nie słuchając. Czekałem na chwilę, żeby się wyrwać.

 - Nie popełniłem żadnego błędu. Każdy zasługuje na drugą szansę. A ty jesteś teraz bezradny jak przerażone szczenię trzymane w worku, zaś jedyne, o czym marzyłeś przez całe życie, to być docenionym i zauważonym. I kochanym. Nie obwiniaj się. To nie jest grzech, który sobie wypominasz. - odrzekł spokojnie, przytrzymując twardo moje rozpalone spojrzenie.

Prawda w jego spostrzeżeniu zmroziła mnie do cna. On wiedział. Nie wiem jakim sposobem, ale sprowadził całe moje życie do kilku banalnych słów. I miał w tym rację.

Mierzyliśmy się wzrokiem i przegrywałem. A przegrywając, robiłem się jeszcze bardziej zły.
Nie zostało mi już nic. Duma, honor, poczucie własnej wartości? To wszystko zniknęło tam, przy palu. O co miałbym się z nim kłócić? Chyba tylko dla samej kłótni. Może dlatego byłem zły. Nie miałem nic, o co mógłbym walczyć. Mógłbym zachować się jak poszczute zwierzę i wściekać dla samej wściekłości, ale obaj przecież znaliśmy przyczynę. To bezradność mnie nakręcała. Ja, sławny Mordred, syn legendarnego i osławionego króla Artura, nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości kaleki. Nie miałem się za mężczyznę ani za człowieka. Byłem niczym.
Odwróciłem głowę.


 - Nie mam wyboru, tylko muszę cię słuchać, prawda? - spytałem z niechęcią, zagryzając zęby w stłumionej wściekłości. - W porządku. Nakarm mnie. Odstawiajmy tę szopkę dalej. Tylko przeciągasz moje cierpienie. Ale skoro cię to bawi...
 - Jesteś zdrowy – oznajmił mi, odchodząc gdzieś dalej i biorąc talerz z zupą, której zapach dotarł do mnie dopiero teraz – Uleczyłem cię ze wszystkich ran.

Zaśmiałem się sucho. Ran? To nic dla mnie nie znaczyło. Rany były symbolem walki, dowodem odwagi. Co mogły mnie obchodzić, skoro byłem do nich przyzwyczajony od dziecka?


 - Nie. Z jednej mnie nie uleczysz, nigdy. Ani ty, ani nikt inny – odrzekłem, wspierając głowę o miękką poduszkę i zapatrując się w sufit – Nie rozumiesz? Ból mi nie przeszkadzał. To nierozłączna część bycia wojownikiem. Ale teraz jestem nikim. Stałem się nikim i nie ma dla mnie żadnej przyszłości. Przegrałem wojnę i przegrałem życie, i nie miałem nawet okazji na honorową śmierć. Już nigdy nie będę mieć, bo każda będzie równie żałosna. Dlatego chcę mieć ją z głowy. Nie ułatwiłeś mi tego.

Kiedy przyszedł z jedzeniem i usiadł obok mnie, ujął mnie za brodę, po czym spojrzał mi z
bliska w oczy; jego były ogniście złote, a moje czarne i puste.

- Tak? Co dokładnie czyni cię nikim?- zapytał chłodno.
 
- Dobrze wiesz. - wycedziłem – Sam sobie odpowiedz.
- Nie. Nie wiem. - podjudzał mnie dalej – Powiedz mi. Jasno i prosto.

Chciałem chwycić go za włosy i odepchnąć, uderzyć, wrzasnąć mu w twarz.

Zamiast tego, uśmiechnąłem się do niego bez wesołości. Tak cynicznie, jak tylko potrafiłem.

 - Wykastrowali mnie i wystawili na pośmiewisko. Zabrali mi dalsze życie. Nie założę rodziny, nie zdobędę tronu. Nie będę już nigdy czuć przyjemności. Wystarczająco jasno, czy opowiedzieć ci o tym dokładniej, w szczegółach? Tego chcesz?

Milczał, ale wiedział przecież, jakiej odpowiedzi się spodziewać. Ja jednak z pewnością nie byłem przygotowany na jego kontrę.


 - Tak łatwo dałeś się złamać? Zniszczyło cię odebranie męskich atrybutów? - uniósł brew - Ach, to zapewne nie wiesz, że w twoim ukochanym Camelocie podobne zabiegi przeprowadza się dwunastolatkom, żeby lepiej śpiewali w waszych chórach? I młodym klechom, jeśli nie są wystarczająco cnotliwi? No i oczywiście wszystkim tym, którzy wykazują jakikolwiek przejaw magii... Im przede wszystkim, dasz wiarę? - odpowiedział na mój uśmiech, zimno i obco – Nie unoś się jak skrzywdzone dziecko, nie tylko ty jesteś ofiarą. Wiele kultur ma podobne zapędy. Lepiej przyzwyczaj się do nowego życia, tylko tak udowodnisz, że jesteś coś wart. A teraz jedz. - wepchnął mi łyżkę w usta, zanim zdołałem coś odpowiedzieć – Są nawet całe wyznania, które kastrują się tylko po to, by zyskać przychylność bogów, bądź zdobyć więcej sił magicznych. Twoja matka wiedziała sporo o magii, dobrze pamiętam? Morgana. Czarownica z Avalonu. Ta, która niczego nie zdołała cię nauczyć, choć masz po niej moc... Szkoda. Wielkie marnotrawstwo. - nakarmił mnie kolejną porcją zupy, bo nie byłem w stanie wydusić słowa – Byłbyś dużo lepszym czarodziejem, niż żołnierzem.
Zamknął mnie tym na dobre, i zdołałem się odezwać dopiero wtedy, gdy zjadłem wszystko.

- Kim jesteś? Aniołem? Bogiem? Jasnowidzem? - zapytałem w końcu z niechęcią.
 - Nazywam się Samandriel i nie mam zupełnie nic wspólnego z waszymi wierzeniami. Jestem po prostu kimś, kto szczęśliwie uratował ci skórę. Tu jesteś bezpieczny. I możesz odejść kiedy ci się spodoba, jeśli cię rozwiążę.

Zastanowiłem się dłuższą chwilę, męczony ciągle wewnętrznymi pytaniami. Było ich coraz więcej.
 - Skoro nie jesteś aniołem i z pewnością nie jesteś człowiekiem, to czym...?
 - Raczej kim, Mordredzie. - poprawił mnie chłopak - Elfem. Przedstawicielem rasy, która już dawno wycofała się z waszego świata. Nie dziwię się, że o nas nie słyszałeś. Minęły wieki, odkąd słuch o nas zaginął. Zadbaliśmy o to.
 - Skąd znasz moje imię? - warknąłem dużo ostrzej, niż zamierzałem. Ów ,,elf" natychmiast zrobił się dziwnie obcy, chłodny i zdecydowanie nieludzki.
 - Majaczyłeś. Zdążyłem już poznać cały twój życiorys... kilkakrotnie. - odparł bezbarwnym głosem, wbijając we mnie wzrok zimny jak lód.

Spasowałem.
 - Ja...Wybacz, nie chciałem... To znaczy... Nie wiedziałem, że... - i poplątałem się w wyjaśnieniach. Ja, wielki intrygant, najlepszy kłamca Brytanii, nagle zgłupiałem. Nie wiedziałem, jak do niego podchodzić. Zupełnie. - Przepraszam za swoje zachowanie. Wychodzę na niewdzięcznika. - powiedziałem w końcu z westchnieniem i aż się zdziwiłem swojemu tonowi głosu.
Elf popatrzył na mnie błyszczącymi oczyma. Po mojej skórze przebiegły dziwne, nie do końca nieprzyjemne ciarki.

 - Nigdy...Więcej... Nie podnoś na mnie głosu. - powiedział, na pozór obojętnie, ale wiedziałem, że kryła się za tym jakaś groźba - Słyszę cię bardzo dobrze, nawet z daleka.

Wstał, żeby odstawić miskę i kręcił się dłuższą chwilę, dodając szczap drewna do płonącego kominka. Obserwowałem w tym czasie jego plecy, coraz szybciej zapominając o sobie, za to z coraz większym zainteresowaniem zastanawiając się nad nim.
 Nie zachowywał się jak mężczyzna, ale z pewnością nie był kobietą. Jego ruchy niosły w sobie grację, której próżno było szukać nawet u najbardziej utalentowanych tancerek. Stąpał lekko, bezgłośnie. Jego ciało było smukłe i sprawiało wrażenie niezwykle delikatnego, tak, jak miałem okazję zauważyć po miękkości skóry. Z drugiej strony miał w sobie coś drapieżnego. Jego reakcje... Każda zdawała się być ściśle kontrolowana. Może tylko starał się sprawiać wrażenie słabego. Może było dokładnie na odwrót. W innym wypadku jak niby miałby mnie unieść? I związać, jeśli faktycznie tak się rzucałem? Wiedziałem, że jestem silny i masywny. Dużo ćwiczyłem, by moje ciało składało się z twardych mięśni. Elf był moim zupełnym przeciwieństwem.
 Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Fascynował mnie i irytował jednocześnie.


 - Jesteś strasznie spięty – oznajmił nagle, patrząc w ogień – Dawno nie byłeś z kobietą?

Moje zdziwienie pogłębiło się jeszcze bardziej. Elf był nie tylko nadzwyczajnie domyślny, ale też bardzo prostolinijny. Choć to może tylko przypadłość uzdrowicielska. Kwestia zawodu, tak to sobie tłumaczyłem.


 - Twierdzisz, że jestem spięty, za pomocą patrzenia w płomienie? - wykręciłem się od odpowiedzi, zażenowany nagle jego pytaniem.
 - Za pomocą nasłuchiwania szybkości rytmu twojego serca oraz odpowiedniej wielkości źrenic, kiedy na mnie patrzyłeś – odparł, niewzruszony.

Jeśli chciał mnie zawstydzić, udało mu się. Oczywiście, że dawno nie byłem z kobietą. Na dwa tygodnie przed walką zamykałem się w komnacie i snułem plany, kolejny tydzień spędziłem w podróży na kłótniach z saksonami, zaś ostatnie dni przeleżałem bez sił pod jego opieką.


 - Ja... - nie wiedziałem, czy mogę mu po prostu nie odpowiedzieć. Wolałem nie kłamać – Taak, chyba dawno. Ale nie chcę, żebyś mi o tym przypominał. - skrzywiłem się z niechęcią do samego siebie – I nie bierz tego osobiście. Po prostu... Cóż, teraz i tak na to nie zaradzę. Nie ulżę sobie. Już nigdy, jak wiadomo. Zamknijmy ten temat, w porządku? Jeśli mam tu do reszty nie zwariować.
 - Dlaczego miałbyś sobie nie ulżyć? Składałeś jakieś śluby czystości? - zakpił elf, a przynajmniej tak to odebrałem. Był strasznie bezczelny z tą swoją bezpośredniością.
 - Przestań w końcu! Bawi cię to?! - wybuchłem, zaciskając ręce w pięści i próbując uwolnić się z więzów – Nie jestem inwalidą umysłowym, skończ wreszcie z tymi docinkami! Rozebrałeś mnie, związałeś i teraz będziesz kpić? O to właśnie ci chodzi? Że nie mogę nic zrobić? Ooch, jakie to zabawne, boki zrywać! - wysyczałem z jadem w głosie.
 - Nie udawaj idioty, zadaję ci proste pytania i oczekuję jasnej odpowiedzi. – odciął się Samandriel – Chyba, że jesteś prawiczkiem i nie masz pojęcia o własnej anatomii, wtedy nie będę pytać.

Zbaraniałem. Zaraz zaraz, co on mi właśnie sugerował?
 - Mam świetne pojęcie! - zapewniłem odruchowo - Ale najwyraźniej źle mnie oceniasz. Nie jestem... - zaciąłem się, dziwnie zgorszony, że tamten w ogóle o tym pomyślał – Nie jestem zainteresowany mężczyznami, jasne? - wyjaśniłem, zdecydowanie mniej pewien siebie.
 - Aha. Taak. Pewnie. - ton jego głosu nie wskazywał na zrozumienie – Skoro tak twierdzisz, nie będę cię uświadamiać na siłę. Ale wiedz, że beznadziejny z ciebie kłamca.

Dawno nie byłem tak zbulwersowany.
Do diabła, co on mi tu wmawiał?! Wcale nie patrzyłem na niego jak na kobietę! Wcale!


 - Podwyższone ciśnienie. Szybki oddech. Źrenice niczym dyski. ,,Zupełnie” nie patrzyłeś na moje pośladki. - wymieniał, z tym samym, beznamiętnym wyrazem twarzy – Albo ja o czymś nie wiem, albo zażyłeś narkotyki o pobudzającym działaniu. W każdym innym wypadku – kłamiesz.

Milczałem.


 - Denerwujesz się, patrząc na mnie. Obserwujesz moje ruchy. Nadstawiłeś się pod mój dotyk, kiedy byłeś półprzytomny. Wdychałeś mój zapach, kiedy cię karmiłem. Obstawiam więc, że nie jesteś ze sobą szczery. Czyli ze mną również nie jesteś. Potraktuję to jako niewiedzę. Otóż, wracając do tematu, nadal masz możliwość odczuwania przyjemności. Ponieważ w twojej kulturze to temat tabu, potwierdzę twoje obawy i powiem że tak, owszem, taka przyjemność powstaje w wyniku ,,grzesznego” jak to nazywacie, seksu.

Nadal milczałem, teraz jeszcze bardziej spięty.


 - To już koniec wykładu. Uspokój się. Strach do ciebie nie pasuje.
 - Nie boję się ciebie – odgryzłem się zaraz, choć miał przecież rację.
 - Twoje kłamanie mnie nuży – odparł, przyglądając się swoim dłoniom. Udał, że nie patrzy, ale patrzył na mnie, na moje zmieszanie.

Wśród swoich uchodziłem za świetnego kłamcę. Tu jednak okazywało się to bezcelowe. Wyczuwał kłamstwa, jak psy czują trop zwierzyny.
 - Mam powód, by się ciebie obawiać? - spytałem w końcu. Wolałem wiedzieć, jaki elf miał w tym wszystkim cel. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto pomaga dla zysku, ale wolałem się upewnić.
 - Masz powód, by obawiać się siebie – powiedział, a potem podszedł do mnie i usiadł na łóżku. - To ty chcesz się zabić. Ja chcę tylko, żebyś wyzdrowiał.

Spojrzałem na jego ręce. Wierzch dłoni pokrywały mu bladoniebieskie tatuaże. Dotknął mojej twarzy, a potem klatki piersiowej.

Przeszedł mnie dreszcz.

 - Co robisz? - spytałem podejrzliwie, faktycznie zdając sobie sprawę z tego, że elf był dla mnie atrakcyjny – Co ty chcesz zrobić? - uściśliłem, chyba z coraz większą paniką, a przez to z nową agresją – Zejdź ze mnie! - warknąłem, kiedy swobodnie usiadł na moich biodrach – Złaź, to nie jest zabawne!
 - Bądź cicho. Będziesz zadowolony. Popatrz. - wyprostował się, zarzucił włosami do tyłu i odsłonił alabastrową szyję, powoli przesuwając po niej długimi palcami – Po prostu patrz. - i zassał je lekko, po kolei, rzucając mi prowokujące spojrzenie.

Serce waliło mi jak szalone, kiedy jego dłoń zsunęła się niżej, gdy odkrył z obojczyka pas leistego materiału, pokazując kolejny skrawek nagiej skóry.

Poruszył leniwie biodrami, symulując pobudzanie mnie.
Zsunął nieco drugą stronę szaty, a ja miałem już wyraźnie ciężki oddech.
 Szybko wycofałem założenie, że nie podobają mi się mężczyźni. Wprawdzie w tym, co robił elf nie było nic męskiego, ale każdy jego ruch był tak erotyczny, że gdybym tylko mógł, na pewno byłbym już twardy.
 - Przestań...- wyszeptałem, tym razem już bez nuty przekonania.
 - Nie tego chcesz.

I jak tu dyskutować z kimś, kto prawdopodobnie czyta ci w myślach? To była beznadziejna walka. Ponosiłem pasmo przegranych. Ciągle i nieodmiennie. Choć akurat ta przegrana wcale nie była nieprzyjemna.

 Gotowałem się w środku, ze złości, bezsilności i podniecenia. Nie wiedziałem, dlaczego to robił, ani co chciał tym osiągnąć, dopóki jego dłoń nie zsunęła się niżej, i dopóki nie zaczął się dotykać w sposób, który wywołał u mnie rumieńce.
 Kiedy obsunął sobie spodnie z bioder, jego palce wsunęły się między pośladki. Wyglądał na bardzo zadowolonego z robienia sobie dobrze, ale to przedstawienie było zrobione specjalnie dla mnie. Albo chciał, żebym odszedł od zmysłów, albo... Sam nie wiem... instruował mnie?

 - Czy według ciebie robię coś złego? - zapytał cicho, bacznie obserwując moje reakcje.
Pokręciłem głową, gdyż język mnie zawiódł. Z trudem przełknąłem ślinę.
Ja naprawdę miałem wcześniej jakieś uprzedzenia względem takiego seksu?
 - Chciałbyś, żebym zrobił tak tobie?
I znów nie mogłem wydusić ani słowa. Zacisnąłem w pięściach sznur, który przywiązywał mnie do łóżka i przytaknąłem mu półprzytomnie, nie mając pojęcia, czego mogę oczekiwać.
 - Wypuść mnie. - zaryzykowałem prośbę.
Elf wdzięcznie odchylił głowę w tył.
 - Ha, ha. - wyszeptał z przymkniętymi oczami – Nie. - odmówił mi twardo - Nie teraz.
Jego dłoń przesunęła się niżej, na moje krocze. Miał bardzo zręczne palce. Manewrował nimi nad wyraz ochoczo. Szarpnąłem się, nieprzyzwyczajony do takiego dotyku. Nie było nieprzyjemnie. Raczej podniecająco. Choć dziwnie. Zdecydowanie inaczej, niż byłem przyzwyczajony.
 - Tak dobrze? - spytał, kiedy usilnie starałem się nie wydać z siebie żadnego nieplanowanego dźwięku – Aach, widzę już, nic nie mów...

Wsunął palce jeszcze głębiej. Tak, w tym momencie nie pomogło mi nawet zaciskanie zębów. Słyszał to, co chciał usłyszeć. Stęknięcia zapinanego faceta. A potem jęki, kiedy dotykał gdzieś bardziej wrażliwego miejsca. I nie był w tym delikatny. Ani trochę.
 Spiąłem wszystkie mięśnie, dysząc ciężko i nieregularnie, czując, jak napięcie gdzieś w środku rozlewa się po ciele coraz przyjemniejszym i bardziej uzależniającym ciepłem. Jak to robił? Nie wiedziałem. Jednak jakoś przestał przeszkadzać mi fakt bycia związanym. Zapomniałem o tym zupełnie. I, tak jak zapowiedział, byłem zadowolony.
Przelała się po mnie fala gorąca. Uderzyła do głowy niczym absynt, a wszystkie mięśnie zwiotczały nagle, w drugiej fali – ulgi. Naprawdę szybko poszło. Chyba niewiele było mi trzeba w stanie, do jakiego mnie doprowadził.

Samandriel dał mi chwilę na złapanie oddechu, a potem ułożył się na mnie wygodnie i wsparł podbródek ręką. Łokieć oparł o mój bark. W jego oczach błyskały wesołe iskierki.
 - I jak, pomogłem trochę? - zagaił, choć wiedziałem, że świetnie zna odpowiedź – Nie chcesz się już zabijać?
 - Jesteś okropny. – sapnąłem, choć zdołał już zarazić mnie swoim uśmiechem – Robisz tak każdemu pacjentowi? Każdemu niszczysz przyszłościowe plany?

Zacmokał. Tknął mnie w nos.
 - Nie. Tylko czarnookim brunetom. Z masochistycznymi zapędami.
Był naprawdę okropny. W swojej idealności. Paskudnie okropny. Nie do wytrzymania.
 - Wypuścisz mnie teraz? - spróbowałem prośby, mając wielką ochotę wypróbować dopiero co zdobytą wiedzę – na nim.
 - Może? - droczył się ze mną w najlepsze – Najpierw przekonasz mnie, że przyswoiłeś sobie dzisiejszą lekcję.
 - Lekcję? To znaczy? - uniosłem brew.
 - Okłamywanie mnie jest bezcelowe, Mordredzie. 

wtorek, 24 stycznia 2017

Pamiętna noc

luźny fanfik na podstawie prowadzonego na forum starego opowiadania
ostrzeżenie: wampir & naga (hybryda człowieka z wężem), +18





Ciężko jest żyć, kiedy twoim panem jest wampir.
Ciężko żyć, gdy jest również twym ojcem.
Jeszcze ciężej, gdy połowa twojego ciała to sploty węża, i kiedy twój pan traktuje cię nie lepiej niż dzikie zwierzę, pomimo tego, że pozwala ci ze sobą przebywać.

 Niegdyś nie sądziłem, że nasza relacja nie może być bardziej skomplikowana. Ale potem dorosłem, i zrozumiałem, że ona komplikowała się z każdym kolejnym rokiem, kiedy mnie od siebie odsuwał.
Teraz jest już za późno na półśrodki. Wiem, czego chcę, i wiem, że on nie chce tego z pewnością. Ale skoro sam wychował sobie bestię, ta bestia go w końcu pożre, niezależnie, czy stanie się to teraz, czy później.

 Węże są cierpliwe. Mogłem czekać. Czekałem naprawdę długo na swój dzień.
Z roku na rok okazywało się coraz bardziej, że choć obaj jesteśmy bestiami, pochodzimy z dwóch różnych światów. Ja byłem hybrydą. Pół człowiekiem- pół zwierzęciem. On -  nieumarłym.
 Nasza koegzystencja nie należała do najbardziej udanych. Postanowiłem ją w końcu przerwać.

*

 Sarrawes nie doświadczył w swym życiu wielu szczęśliwych chwil. Odkąd przygarnął go przyszywany ojciec – Arvain Dannar, lord zamku Malazzar, umiejscowionego na szczycie Gór Wschodnich, przez cały okres dorastania znał jedynie mury twierdzy. Wężowy chłopak z rasy, którą zwano vrannami, przejął obowiązek pilnowania budowli i odganiania intruzów, i z biegiem lat dorobił się nawet niechlubnej legendy, w której on, jako ogromny potwór z gór, przybywał do pobliskich wiosek by pożerać, mordować i gwałcić, i porywać jeńców na zamek swojego pana.
 W rzeczywistości rzadko opuszczał mury domu. Na zewnątrz było dla niego za zimno. Zrobiłby sobie trwałą krzywdę, wychodząc na dłuższą wyprawę na śnieg i mróz, który ciągle panował w górach. Pomimo swoich ludzkich cech nadal potrzebował ciepła, i sporą część swojego wolnego czasu spędzał przy kominku, wśród watahy wilków, której Arvain pozwalał przebywać w zamku. Zwierzęta, oswojone przez Arvaina,  pilnowały niewolników, by nie zbiegli z warowni.
 Wampir był jednym z lordów Rady Nieumarłych, miał więc, prócz twierdzy, swoje własne terytoria i ustanowione prawa. Wychodził często na łowy poza swoją siedzibę, ale zdarzało się też tak, że korzystał ze swoich lochów, w których przetrzymywał ludzi na żer, bądź też z haremu złożonego z różnych istot, którego wieża znajdowała się na północnej stronie zamku.

Przez pierwsze pięć lat, odkąd wykluł się Sarrawes, Arvain rzeczywiście miał ojcowskie odruchy. Wyszkolił go do walki, nauczył pisania i mowy, pozwalał spać w swoim pokoju i uważał, by malec nie zamarzł w zimnych korytarzach twierdzy. Czasem nawet sam ogrzewał swe ciało, nim wziął go na ręce, by dzieciak nie wychłodził się na jego rękach.  Wampir był zawsze zimny, wyłączając momenty, gdy przyjął właśnie posiłek – krew rozgrzewała go od środka i nadawała ułudy bycia zwykłym śmiertelnikiem, ale Sarrawes nigdy się na to nie nabrał. Widział, jak jego ojciec nie musi spać i oddychać, a je tylko sporadycznie, raz w miesiącu. Widział, jak nieumarły morduje bez litości, i jak bawi się strachem schwytanych ofiar. A Arvain gdy wypił krew, nawet w odległej przeszłości, unikał kontaktu z vranem. Wampir był wtedy niebezpieczny, pobudzony i zupełnie nieprzewidywalny. Zwykle wyżywał się w haremie, lecz czasem miotał się po zamku i rozrywał mur gołymi rękami, jeśli miał gorszy dzień.
Czasem, gdy Arvain był zbyt zaabsorbowany uciechami w haremie, vran obserwował jego poczynania.

Jako dziecko nie widział w tym nic ciekawego, więc wracał szybko do zabawy bronią albo ganiania szczurów, ale gdy skończył szesnaście lat, robił wszystko, by Arvain nie nakrył go na podglądaniu.
 Nie raz robił sobie dobrze, wsłuchując się w dochodzące zza ściany jęki i wbijając rozpalone spojrzenie w plecy swojego opiekuna, gdy ten zaspokajał jakąś piękną kobietę bądź też mężczyznę.
Przychodził co miesiąc, w noc pełni, i marzył o tym, by to jemu wampir poświęcał swoją uwagę.
 Arvainowi nigdy nie zależało na prywatności. Był tak zdeprawowany, że prawdopodobnie mógłby się pieprzyć nawet i przy dziecku, ale Sarrawes wiedział, że należy zniknąć mu z oczu, kiedy mężczyzna schwytał już sobie ofiarę.
Nigdy nie domyślił się uczuć vrana, ale też nigdy go to nie interesowało. Miał go za zwierzę. Bestię. Aseksualną, z braku możliwości parzenia się z osobnikiem przeciwnej płci. Ich rozmowy ograniczały się do jednostronnych rozkazów wampira, i obojętnej zgody wężowego mężczyzny. Gdy Sarraves skończył dwadzieścia osiem lat, liczył sobie ponad dziesięć metrów długości i posiadał muskulaturę gladiatora, zajmując się walką od najmłodszych lat.

 Wtedy już go nie podglądał. Był w swojej komnacie wyściełanej futrami, i szalał. Każdej pełni. Co miesiąc, gdy jego pan wychodził na żer i wracał do domu, by się rozładować. Sarrawes tracił nad sobą kontrolę, ilekroć słyszał odgłosy, które dobiegały z haremu przez całą noc.
 Nie był już traktowany jak dziecko, ale też nie był zwierzęciem Arvaina. Był inteligentną i odczuwającą istotą, i był mu wierny dużo bardziej, niż były wierne mu jego wilki.
 Kiedy się wyprostował, miał dobre dwa metry wzrostu. Przedramiona, niemal grubości ramion, kończyły się dłońmi o ostrych, czarnych szponach. Czerwone włosy opadały mu w splotach do połowy muskularnych pleców, a czarne oczy miały tęczówki koloru złota, o wężowych, pionowych źrenicach. Łuski, które schodziły mu od pasa w dół, mieniły się czernią i czerwienią. Od dołu brzucha pokrywał go naturalny, płytowy pancerz koloru stygnącej magmy. Nosił na szyi dwa złote, szerokie dyski, które opadały mu na tors i obojczyki niczym chroniąca szyję obroża psów wyszkolonych jedynie do walk.

W porównaniu do Arvaina przypominał bardziej potwora, niż człowieka.

 Wampir świetnie udawał śmiertelników. Był smukłym arystokratą o czarnych włosach i czerwonych tęczówkach, wysokim i barczystym, i tak władczym, jak tylko potrafił być nieumarły. Sarrawes nie mógł być w jego typie. Arvain preferował drobne, uległe, urocze istoty. Vran mógł być dla niego jedynie rywalem, nikim więcej. Lecz vran… W pewnym momencie wolał stać się jego rywalem, niż być dla niego nikim.
Wężowa cierpliwość w końcu się wyczerpała.
Ta pełnia… miała być inna od reszty.
*

 Wampir szarpnął drzwi od swojej komnaty, gotów wychodzić z zamku i szukać sobie kolacji, ale zamarł w pół korku, widząc przed sobą rosłą sylwetkę Sarrawesa.
 - Wychodzisz już, panie? – vran udał zdziwienie, wsuwając się do środka i zamykając ogonem drzwi – Jeszcze jest wcześnie. Chciałem chwilę porozmawiać, za pozwoleniem.
Wcale nie oczekiwał pozwolenia, tylko zbliżył się do ulubionego przez wampira fotela i usiadł w nim bezczelnie, jakby był w swoim własnym pokoju.

 Arvain zrobił zdziwioną minę, był lekko zbity z tropu, nieprzyzwyczajony do takiej bezpośredniości.
 - Porozmawiać? – podchwycił, patrząc na ciężki ogon, który blokował jego drzwi – O czym? To nie może poczekać? Jestem teraz głodny.
 - Och, nie. – mruknął Sarrawes, uśmiechając się leniwie – Nie może.
Przeciągnął się w fotelu, odchylając na nim w tył, i wypinając umięśniony tors w wyraźnie pokazowy sposób. Westchnął rozkosznie, pokazując długie kły.
 - Bo widzisz, mój panie, ja chciałem porozmawiać właśnie o twoim głodzie.
Gdzieś zniknęła jego ciężka obroża, którą miał zawsze na szyi. Vran był tej nocy dużo cieplejszy, niż zwykle. Wygrzał się przy ogniu, wspomógł odwagę alkoholem i pozwolił sobie na szczerość, bez baczenia na konsekwencje.
To była w końcu jego ostatnia noc.
 - Pozwól na moment, usiądź. – zachęcił go, wskazując fotel obok; ten, na którym zwykle zwijał się, gdy był jeszcze dzieckiem. – Zastanawia mnie pewna kwestia. Mówiłeś rano, że masz na jutro sporo obowiązków i odniosłem wrażenie, że nie masz ochoty wychodzić na mróz. Skoro lochy świecą pustkami, a zarzekałeś się, że nie będziesz uszczuplał sobie haremu, może chciałbyś wyjątkowo wziąć krew ode mnie?

 Arvain usiadł. Dość ciężko. Jego zdziwienie tylko się pogłębiło.
 - Dlaczego miałbym?... To chyba nie jest mądre, żebyś mi ją ofiarował. Bo wiesz – uśmiechnął się w udawanym rozbawieniu – Jeśli naprawdę by mi zasmakowała, byłbyś w poważnych tarapatach, Sarri.
Sarrawes skrzywił się na to zdrobnienie. Nie był już dzieckiem, a poczuł się, jakby wampir wcale tego nie dostrzegał!
 - Jeśli by ci zasmakowała, mój panie, z pewnością nie dałbym sobie zrobić krzywdy, gdybym faktycznie na to nie zasłużył – oznajmił twardo – A nie ukrywam, że chciałbym choć raz być twoim dawcą. Zawsze ciekawiło mnie to odczucie. Wiem przecież, jak przyjemne potrafi być gryzienie kogoś. Niestety, co zauważyłeś jakiś czas temu, moja rasa wymiera. Nie mam szans tego doświadczyć, chyba, że byłbyś tak miły… - wbił w niego coraz bardziej jaśniejące spojrzenie – …I zrobił to… osobiście.

 Wampir nawet przez chwilę się wahał, ale potem zacmokał w zniecierpliwieniu.
 - Sarriś, to naprawdę głupi pomysł – oznajmił i powstał – I to ostatnie ostrzeżenie. Możemy porozmawiać o twoich korzeniach kiedy indziej. A ja jestem teraz bardzo głodny i natychmiast muszę iść.
 Ogon Sarrawesa przesunął się po ziemi, a potem oplótł Arvaina i unieruchomił go w miejscu. Vran uniósł się z fotela, nadal patrząc brunetowi w oczy. Zbliżył się, i świadomie, pod jego spojrzeniem, oplótł go jeszcze kilka razy, na samym końcu wspierając się przedramieniem o jego bark.
 - Panie mój, nie zrozumiałeś. – wyjaśnił łagodnie vran, choć jego łagodność była teraz pozorna – Chciałbym, abyś tu ze mną został. I chcę, by było ci ze mną przyjemnie. – dotknął delikatnie jego twarzy, w przeciwieństwie do mocarnego uścisku jego splotów – Poza tym, mam zamiar ci coś powiedzieć. Coś bardzo, bardzo ważnego… - nachylił się do jego ucha, sycząc resztę przeciągłych sylab – Coś, czego nie powiedziałem ci przez całe życie.

 Wampir nie próbował się szarpać w jego uchwycie. Ta sytuacja była zbyt dziwna, by zareagował w jakikolwiek sposób. Nie znał u niego takiej odwagi.
 - Chcę, żebyś wiedział, że pragnę na sobie twoich kłów. Chcę być dziś twoją ofiarą. Twoim sługą, twoim psem. Pragnę dać ci krew i rozkosz, i nie wypuszczę cię stąd, dopóki tak się nie stanie.
Arvain otrzeźwiał w końcu na to oświadczenie.
Był w uścisku, który spokojnie mógł miażdżyć kości, gdyby tylko miał ciało człowieka. Sarrawes trzymał go tak, by uniemożliwić jakikolwiek ruch. Wampir mógł tylko poruszać głową, bo cała reszta znajdowała się w posiadaniu vrana, który owinął się niczym boa dusiciel.

 - Wybacz… - odchrząknął w końcu wampir, próbując ostrożnie rozluźnić jego uścisk – Ale ja chyba nie rozumiem twoich motywacji. Co cię nagle naszło? Wszystko w porządku? Sarrawes. Upiłeś się, czy jak? Wyglądasz… nieswojo.
Vran zbliżył usta do jego szyi i zasyczał mu w skórę, a rozdwojony język połaskotał drażniąco odsłonięte od ubrania miejsce.
 - Nie, nie, słuchaj, to bardzo kiepski pomysł! – wampir spróbował odsunąć od niego głowę, ale oczywiście nie był w stanie, a jedynie odsłonił szyję jeszcze bardziej – Mylisz mnie z kimś, przestań!
 - Tak sądzisz? – wężowy mężczyzna odsłonił kły w uśmiechu pełnym zadowolenia – Myślisz, że byłeś mi obojętny przez te wszystkie lata? Wtedy, gdy odsuwałeś mnie na rzecz dziwek? Wtedy, gdy wolałeś iść na polowanie, zamiast przyjść do mnie? Myślisz, że to mnie odrzuciło? Och, nieee. Wręcz przeciwnie. Twoja niedostępność tylko to wyostrzyła. – wygodnie ułożył usta na jego skórze, zahaczył ją kłami, mruknął przeciągle w dzikiej przyjemności – Zawsze byłem twój, ale ty nigdy tego nie widziałeś. Nie chciałeś zauważać.

Szarpnął. Rozciął mu skórę. Przylgnął wargami do rany.
Wampir chciał wyrwać się mocniej, powiększając niechcący rozcięcie o jeden z wysuniętych kłów.
 - Dość! Przesadziłeś! Puść, bo użyję siły. Użyję jej, żebyś wiedział! – zagroził, próbując być w tym zdecydowany. Ale chyba bawiła go cała sytuacja. Nie miał poważnej miny.
 - Nie widzisz, że ja jej używam od początku tego spotkania?... – spytał pobłażliwie vran, a potem wbił zęby, by wpuścić obezwładniający jad.
Gdyby wampir naprawdę chciał, wyrwałby się już dawno. Ale nie wyrwał się, był daleki od chęci zrobienia mu krzywdy. Parsknął w irytacji na to jego przedstawienie, ale dał się ukąsić, i co więcej, wcale nie wyglądał przy tym na niezadowolonego.
- Mmmh… Kto by pomyślał… - mruknął Arvain, odruchowo bardziej nadstawiając szyję i bardzo spokojnie zaglądając mu w oczy – Dlaczego uciekałeś przede mną tyle lat, skoro chciałeś zostać moim dawcą? Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? Jak niby miałbym się domyślić, skoro unikałeś mnie, kiedy tylko mogłeś? Odebrałem to jako niechęć. Nie chciałem, żebyś czuł do mnie coś takiego, więc dałem ci spokój, którego potrzebowałeś. Gdybyś powiedział wcześniej… Gdybyś tylko…

 Vran wyjął powoli kły, ale nie puścił go.
 - Gdybym powiedział, to co niby byś zrobił? – odparł hardo pytaniem na pytanie – Potraktowałbyś mnie jak kogoś z haremu? Posilił się, zerżnął i wymienił na coś ciekawszego, prawda? – syknął mu do ucha, obserwując z niepokojem, czy obezwładniający jad w ogóle działał na wampira – Powiedz mi prawdę, chcę ją poznać. Nieważne, co wydarzy się po nadejściu pełni, ja chcę to wiedzieć, Arvain.
Wampir uśmiechnął się w bardzo dziwny sposób.
 - Chcesz uśpić czujność nieumarłego, hmm? – spytał powoli, oblizując dolną wargę – Ale wiesz, Sarriś… Nie tędy droga. Nie uśpisz kogoś, kto nie żyje. Wkurwiłeś mnie. Przekroczyłeś granicę. To ci nie uratuje teraz skóry. Po prostu nie tędy droga. To tak nie działa.

 Sarrawes zagryzł zęby.
Czyli przepadło. Nie udało mu się go uwieść ani odurzyć, ale z pewnością go zdenerwował. Sploty poluzowały się powoli, a vran odwrócił wzrok. Przecież nie mógł przetrzymywać wampira wieczność, nie był nieśmiertelny jak one i wbrew pozorom bardzo szybko się męczył, mając swoje gabaryty. Zresztą, jak mógł być tak naiwny myśląc, że jego straceńczy plan się powiedzie?
 - Rozumiem. – gadzi mężczyzna poczuł smak przegranej i czuł również podświadomy strach narastający gdzieś w trzewiach, bo choć Arvain go przygarnął, od dawien dawna nie miał wobec niego żadnych ojcowskich zapędów, miał za to wiele bestialskich i destrukcyjnych odruchów, które ujawniały się w momentach jego irytacji. – Odpowiesz mi chociaż na pytanie? Tylko o to cię proszę.
 Wampir wyszarpnął w końcu ręce, choć pozostał w jego splotach, wygodnie się o nie wsparłszy. Z zainteresowaniem sięgnął do jego policzka, sprawdzając jego ciepło i pozwalając, by Sarrawes odsunął twarz na bok.

Kiedy Arvain zaczynał bawić się ofiarą w taki sposób, ta kończyła zawsze jako wybebeszona kukła z poderżniętym pazurami gardłem. Jednak Sarrawes wiedział o tym, i wiedział dokładnie, że to go czekało. Był tego świadom zanim jeszcze spił się na tyle, by zejść do komnaty przybranego ojca. Akurat z nim, vranem, wampir będzie miał dużo zabawy, jeśli naprawdę chciałby pozbawić go wnętrzności. Dużo zabawy i bardzo dużo krwi czyli tak, jak lubił.

- Odpowiem ci, czemu nie – zaśmiał się wampir, znowu będąc panem sytuacji, kiedy vran poczuł się w końcu bezradny – Gdybyś powiedział mi wcześniej, że czujesz do mnie coś innego niż obrzydzenie, które można czuć do trupa, o dawna nie potrzebowałbym tego całego haremu, który zebrałem z nudów.
Tej odpowiedzi vran nie spodziewał się ani trochę. Kiedy uniósł na niego zdziwione, niedowierzające  spojrzenie, Arvain chwycił go za szczękę i nakazał mu się nad sobą nachylić.
 - Gdybyś dawniej… powiedział mi to, co dzisiaj… Oooch taak… Z pewnością zrobiłbym sobie z ciebie swoją dziwkę i swojego psa, jak to mi właśnie ładnie zasugerowałeś. Ale nadrobimy to. Mamy czas. – szarpnął go za włosy, ściągając jeszcze niżej, tak, by szyja vrana znalazła się przy jego ustach – Mamy bardzo dużo czasu, skoro postanowiłem stąd nie wychodzić. A teraz… Bądź naprawdę grzecznym pieskiem, bo będzie bolało. – i kiedy to powiedział, wgryzł się w odsłonięte ciało; mocno, brutalnie i zapamiętale.

 Sarrawes zamknął ślepia, kiedy zęby wampira, trzykrotnie grubsze od jego własnych, wbiły mu się w arterię. Jęknął i naprężył się, ściskając go na powrót, i to z dużo większą siłą, niż wcześniej. Ale nie dlatego, że czuł ból. Och, nie. To było dalekie od bólu lub cierpienia. Jęknął - z rozkoszą, przylegając do niego tak ciasno jak mógł i zatapiając w tym, jak te zęby przyjemnie drażniły jego skórę. Właściwie od razu poczuł napływające podniecenie. Teraz, gdy mógł bezkarnie go obejmować, kiedy mógł się o niego ocierać, to było dużo więcej, niż oczekiwał.

 Pocierał kroczem o jego krocze, korzystając z nieświadomości wampira. Może gdyby ten wiedział, że właśnie ociera się o niego genitaliami, zareagowałby w jakiś nieprzyjemny sposób, ale tak, dopóki rosnąca erekcja vrana ukryta byłą bezpiecznie pod pancerzem z łusek, Arvain nie miał szans się domyślić. Choć sam akt stymulowania nie mógł odbić się bez echa. Sarrawes czuł, że wampir powoli się podnieca. Sam zresztą wcale nie ukrywał tego, jak ta bliskość mu się podobała.
Pojękiwał mu w ucho, trzymając jego głowę przy swojej szyi. Nieważne, jak bardzo mogło to być niemęskie, zachowywał się dokładnie tak, jak zapowiedział na początku – jak jego prywatna dziwka, oddana mu, gorąca i głośna. Był jego, niezależnie od tego, jak wampir miałby go traktować.
Po pierwszym ugryzieniu nastąpiło kolejne. I kolejne przeważyło niestety na szali względnego opanowania, jakie miał wężowy mężczyzna.

 Erekcja była już zbyt duża, żeby utrzymywać, że nic się nie dzieje. Przy kolejnym poruszeniu łuski na jego biodrach usunęły się na boki, a gorący, mokry członek wysunął się, najpierw do połowy, a potem w całej okazałości, nadal pocierając o męskość wampira.
Arvain poczuł ją gdzieś na brzuchu i nie oparł się komentarzowi. Wyjął kły, przysunął usta do jego ucha i jedną dłoń skierował w miejsce, w którym u każdego normalnego mężczyzny byłyby pośladki.
 - Tak się zastanawiałem, kiedy w końcu pokażesz mi, co tam chowasz – oznajmił, mając nieco bardziej przyspieszony oddech – Skoro już wiem o twojej dużej zabaweczce, to gdzie jest ta... mniejsza?
Vran zarumienił się odruchowo. Dobrze, sam był bezpośredni, ale bezpośredniość wampira dalej była dla niego obca. Zresztą, nigdy wcześniej nie podzielił się z nikim tą pierwszą informacją, o drugiej już nawet nie wspominając. Wyraźnie był zażenowany, i niemalże się spłoszył.
Poluzował sploty na tyle, by Arvain mógł zrobić pół kroku do tyłu.
- Nie patrz… - poprosił, czerwony na policzkach – Daj rękę… - wziął ją lekko i odwrócił uwagę wampira, znów przyciągając jego głowę do krwawiącej szyi – Szukasz tego. – powiedział, przeciągając jego rękę na przód, z półtorej dłoni poniżej swojego sztywnego penisa, na wrażliwe miejsce pod pancerzem. Wystarczyło lekko ucisnąć, by łuski odsunęły się pod dotykiem – Czujesz?...- Sarrawes ledwo mówił przez ściśnięte gardło – Proszę, uznajmy na dzisiaj, że jestem normalny, i ten jeden raz nie patrz na mnie jak na zwierzę, proszę?... – jego ton zmienił się w wyraźnie błagalny – Możesz sobie wyobrazić, że bierzesz jakiegoś ładnego chłopca, czy kogokolwiek tylko chcesz…

- Nie będę sobie nic wyobrażać – przerwał mu Arvain, bezczelnie sięgając do jego wejścia i na powrót wgryzając się w nadstawioną szyję. Dłoń została pod łuskami, a palce sięgnęły głębiej, z ciekawością, ale też wyczuciem. Podrażnił go, robiąc małe kołeczka, a w odpowiedzi na to Sarrawes targnął się mocno w krótkim spazmie przyjemności. – Wrażliwy tam jesteś, co? Bardzo wrażliwy. Tutaj też? – dopytał, chwytając drugą ręką jego pulsującą erekcję, i oblizując lubieżnie wargi – Przekonamy się?
- Nnnmmmh! – vran aż się zapowietrzył, kiedy zobaczył jego spojrzenie i poczuł tam miarowy ucisk – Nie, nie, nie aż tak… - odetchnął głębiej, i nawet pozwolił sobie na nikły uśmieszek, kiedy dłoń wampira przesuwała się po fiucie niemal wielkości jego przedramienia – Tam możesz mocniej. Naprawdę. Tak mocno, jak zechcesz. Nawet kłami.
 - Aaaaach, naprawdę? – Arvain wyraźnie mu nie uwierzył, choć zdecydowanie wzmocnił ucisk – Mogę użyć zębów? To byłaby nowość. Nikt, kogo poznałem, nie przepadał za zabawami tego typu. Tacy strasznie szybko tracili krew i umierali. – powoli zniżył się, trzymając go za biodra, i oblizał czubek tak erotycznie, by vran nie mógł oderwać wzroku. Chwycił go u podstawy i na próbę przesunął niewysuniętymi kłami po pulsującej żyłce, zaś językiem od dołu, w powolnej pieszczocie.

 Czerwone włosy mężczyzny opadły mu na plecy, kiedy odchylił głowę z przeciągłym westchnieniem rozkoszy. Nadstawił biodra, starając się nimi nie poruszać, choć zafalowały lekko, szukając upragnionej przyjemności. Potem wampir go skaleczył. Nie spodziewał się tak głośnej aprobaty, ale Sarrawes nie próbował się uciszać – westchnienie przerodziło się w kolejny, już dużo dzikszy jęk, przechodzący gdzieś na granicy słyszalności w wężowy syk.
 - Tak, tutaj, proszę… - niewprawnie przyciągnął jego głowę, blokując mu możliwość odsunięcia się – Tutaj, mocniej, błagam… Zrób mi to jeszcze raz… Jeszcze…
I wampir ugryzł. Z wysuniętymi kłami. Palce wcisnęły się między łuski szukając natarczywie znanego już, wrażliwego punktu.
 Erekcja vrana zalśniła w odpowiedzi kilkoma kroplami bieli, a wampir poczuł w końcu, że ma już zdecydowanie za ciasne spodnie. I że chce mu się pieprzyć. Bardzo, bardzo chciał pieprzyć teraz swojego ,,pieska” w jego wrażliwą, małą dziurkę.
- Dobra, dosyć, kładź się! – warknął, decydując, że sytość bądź jej brak jest teraz na ostatnim miejscu i może spokojnie poczekać z dalszym pożywianiem się krwią – Tu, natychmiast. – obalił go bez trudu, posyłając na zwoje zwiniętego, łuskowatego ogona – A teraz cię zerżnę i pogryzę, bo taki mam kaprys.

 Arvain zszarpał z siebie spodnie, a potem chwycił vrana za gardło i wepchnął się w niego jednym brutalnym ruchem. Druga ręka chwyciła twardą, pulsującą erekcję u podstawy, również bez najmniejszego wyczucia. Wampir wycofał się odrobinę i pchnął mocno, równocześnie przesuwając dłonią po całej długości wilgotnego członka wężowego mężczyzny. Wbijał się w niego raz po raz, podduszając go bezlitośnie, by nie wydał z siebie żadnego z jęków, które z pewnością dowodziły o bólu. Skoro był tam tak wrażliwy, wampir wątpił, by nawet pół godziny wcześniejszych przygotowań dały mu wystarczające rozluźnienie. Ale Sarrawes, pomimo urywanych oddechów, nie miał miny, jakby odczuwał jakiś dyskomfort. Bardziej wyglądał tak, jakby właśnie przeżywał marzenie swojego życia.  Przynajmniej to przypominało jego zamglone, gorące spojrzenie. Jednak, przy drugim ruchu, spiął się gwałtownie. Sploty ścisnęły się mocno. Płytki oddech zamarł na moment, nim kolejne wepchnięcie się pomiędzy krąg mięśni wyrwało z niego bezgłośny krzyk.
Tak, poczuł ból. Targnął się ponownie, zupełnie bezwiednie i bezcelowo, trzymany mocno przez wampira. Zagryzł zęby na dolnej wardze, zacisnął oczy i... przyciągnął kochanka mocniej, dociskając jego biodra do swoich.
 Miało boleć. Arvain czerpał z bólu innych swoją chorą satysfakcję, a Sarrawes zamierzał dać mu dziś satysfakcję na każdy możliwy sposób. Gruby penis rozrywał go, sprawiając, że każdy milimetr, z jakim wampir się ruszał, posyłał wgłąb ciała vrana palące poczucie bólu. Z bólu rodził się opór. A wampir nie był delikatny. Rżnął go bez opamiętania, mocno i dziko, i wcale nie zamierzał przestawać.

 - Nie spinaj się - warknął do vrana, poluźniając uchwyt na jego gardle - Nie rób tego, głupku.
Sarrawes zagryzł zęby, starając się nie wydawać zbędnych dźwięków. Otworzył powoli oczy, widząc nad sobą jego twarz. Wampir był zaskakująco poważny.
 - Nie potrafię - wydusił mu w odpowiedzi - Ale... Nie jest ci lepiej, kiedy tak robię?
 - Zaraz dam ci w ryj. Wydałem ci rozkaz i masz go wykonać, psie.

 Ach. Sarrawes zaczął szybciej oddychać. Rozkaz? Dobrze więc...
Zamknął oczy i postarał się zapomnieć o bólu. Zlizał krew z dolej wargi i poddał mu się, poluźniając nieco ucisk. Czuł jego grubość i to, jak twarda główka obija się w środku niego, i wypełnia go w całości, dosięgając punktu, przez który całe jego ciało drżało. Wampir poruszał się teraz wolniej i głębiej, uważnie patrząc na jego twarz. Celował właśnie w ten punkt, stymulując ręką czubek jego penisa. Czekał na coś...
 Sarrawes czuł drżenie wszystkich mięśni, obezwładniające gorąco i podniecenie, które kumulowało się właśnie tam, gdzie wbijał się Arvain, głęboko w środku ciała. Zajęczał, w ostatniej chwili zatykając usta przedramieniem, kiedy nagle ogarnęła go ogromna ulga.  Sperma zalała wampirzą dłoń, obficie i gęsto, zaś mięśnie odbytu zacisnęły się na poruszającym się trzonie, zmuszając bruneta do szczytowania. Arvain doszedł w nim, nie pytając o zgodę. Wgryzł mu się w gardło.  Lepka, biała ciecz strzeliła kilka razy, pomiędzy dźwiękiem uderzających o skórę jąder. Nieumarły westchnął głośno, z zadowoleniem, wysuwając się z niego po części jeszcze kilkakrotnie, i rozkoszując ciasnotą mięśni.  Wyraźnie był usatysfakcjonowany tym zbliżeniem. Uśmiechnął się nawet z lekka, z ustami ociekającymi krwią, zsuwając z niego ręce, ale nic nie powiedział. Zszedł z niego i poszedł do swojego łóżka, padając na nie na wznak i niedbale okrywając się prześcieradłem.

 Sarrawes nadal ciężko dyszał. Końcówka jego ogona drżała na chłodnej ziemi.
Nie chciał tej ciszy. Bał się jej. Mogła oznaczać wszystko. Spełnił jego zachciankę... Ale co dalej? Nie wiedział, co zwykle działo się dalej, Arvain zawsze zabijał swoje ofiary.

 - Panie?... - zagaił, kiedy zapanował nad głosem i zwinął się ciasno, niepewny co robić. Wszystkie łuski wracały powoli na swoje miejsca, choć te dalej były nieznośnie podrażnione - Czy... Czy mam teraz odejść?

Wampir uniósł głowę.
 - Gdzie niby? - prychnął z irytacją - Do twojej zimnej wieży i dzikich zwierząt? Chodź do mnie, długo mam jeszcze czekać? Po to masz tyle swojego wężowego cielska, żeby mnie ogrzać. Teraz i każdej kolejnej nocy. Jak dobry piesek i grzeczna dziwka, czy jak tam to wcześniej mi określiłeś. Chociaż mi bardziej pasuje określenie ,,kochanek" jeśli już o tym mowa. Tak się przyjęło w mojej kulturze, Sarriś, choć nie wiem, czy w twoim słowniku ma to jakieś znaczenie.

Sarrawes uśmiechnął się. W chwilę później wypełnił jego polecenie, prawdziwie szczęśliwy. Ułożył się tak, by owinąć go dookoła, z głową opartą o jego ramię.

- Ma to znaczenie. Zdecydowanie bardziej wolę twoje słowo. Moje były... naprawdę nieprecyzyjne. Z chęcią będą twoim kochankiem. Teraz i każdej kolejnej nocy, Arvain.