Witajcie!



Kilka słów o blogu.

1. Komentarze karmią wenę! (Ponaglenia na fb także.)

2. Wszystkie opowiadania są mojego autorstwa.

3. Proszę o nie kopiowanie i nie rozpowszechnianie tekstów bez mojej zgody. Jest to plagiat i będę na to reagował.

4. Nie czerpię korzyści z prowadzenia bloga.

5. Jeśli autor którejś z grafik nie życzy sobie jej upubliczniania, wystarczy, że da znać w komentarzu pod postem, a grafika zostanie usunięta.

6. Jeśli nie zostawiasz opinii, pozostaw proszę ocenę pod przeczytanym opowiadaniem, aby nam wszystkim żyło się łatwiej i przyjemniej, a ja dzięki temu będę wiedział, co należy zmienić lub poprawić.

7. Ankiety są okresowo, na dole strony.

8.Większość bohaterów występujących w poniższych opowiadaniach została zaczerpnięta z istniejących już w popkulturze, rozpoznawalnych postaci. Tworząc fanfiction bądź slash, nie robię tego z powodów komercyjnych. Dziękuję za uwagę.

środa, 23 maja 2018

Dracula & Alucard - (nie)pokorny niewolnik





polecam przesłuchać przed czytaniem. :> https://www.youtube.com/watch?v=p5LFdGa-S3I

część 4

Chodziłem po komnacie niczym wilk wewnątrz klatki, próbując rozładować poirytowanie wywołane ostatnimi zagrywkami Alucarda. Nie mogłem zrozumieć jego zachowania. Był na moim zamku z własnej woli, dobrze się dogadywaliśmy, jednakże ostatnio zaczął być dla mnie obcy, nieprzewidywalny. O ile wcześniej zdawało mi się, że rozumiem jego pobudki, teraz zdałem sobie sprawę, że byłem w błędzie - tak naprawdę wcale go nie znałem. Pieprzenie go nie polepszyło znacząco naszej komunikacji, jedynie niwelowało napięcie i odsuwało niewypowiedziane słowa na późniejszy czas.
 Stanąłem przy otwartym balkonie, patrząc na wschodzącą zza widnokręgu łunę szaroróżowego świtu. Zmarszczyłem brwi i zacisnąłem zęby w grymasie, któremu daleko było do planowanego wcześniej uśmiechu. Moja mimika przestała ostatnio współgrać z umysłem. Nie byłem teraz w stanie szczerze się uśmiechnąć. W ogóle nie potrafiłem tego zrobić, targany od środka zupełnie sprzecznymi emocjami - i tym, co zawzięcie w sobie dusiłem od przybycia mojego syna.

Okłamywałem się, że nie będę potrzebować ludzkiej krwi, że nikt już więcej nie ucierpi. To kłamstwo nie popłaciło.
Byłem bestią. Kreaturą człowieka. Krzywdzenie innych leżało w mojej naturze; żerowałem na śmiertelnikach i stanowiło to naturalną kolej rzeczy, zaś moje mrzonki o tym, jakobym kiedyś mógł się od tego uzależnienia uwolnić, nikły z każdym kolejnym dniem. Czułem ciągle głód: potworny, rozrywający ból, palący wnętrzności, przywodzący na myśl powolną agonię, gdy kolejny tydzień odmówiłem sobie wyruszenia na polowanie. Walczyłem z nim, ale na daremno. Nie mogłem go powstrzymać, doprowadzał mnie do szaleństwa, pomimo tego, że często posilałem się krwią Alucarda. Po prostu brakowało mi krwi ludzkiej, i nawet moja żelazna wola nie potrafiła zdusić tej chorej potrzeby.
Chciałem znowu, tak jak dawniej, otworzyć wrota zamku i zaprosić wszystkich wrogów do środka, a potem mordować ich po kolei, i zostawiać ich ciepłe truchła na dziedzińcu, z rozszarpanymi gardłami. Słuchać ich jęków bólu. Upajać się własną przemocą i ich strachem... Och, jakimże byłem potworem, skoro syciłem się czymś takim? Jakim sposobem natura pozwolił stworzyć coś tak wypaczonego? Ta myśl ugodziła nagle w dotkliwy sposób prosto w serce. Zacisnąłem dłonie w pięści, gdy przypomniałem sobie swą przeszłość sprzed przemiany.

Gabriel, tak się nazywałem kiedyś. Teraz nijak to do mnie nie pasowało, choć lubiłem myśleć, że wcale nie jestem tak zły, jakim mnie opisywano. Że nadal mam w sobie człowieczeństwo; że nie jestem diabłem i bestią, bo zwyczajnie nie potrafiłem żyć z taką myślą, doprowadziłaby mnie do obłędu. Kłamstwa były konieczne, bym zachował zmysły. Nigdy nie chciałem stać się nieumarłym; niegdyś gardziłem tą rasą nade wszystko.
 Czy mój syn widział te rozterki? Czy dlatego szukał dla mnie i siebie dodatkowej rozrywki?
Ostatnimi czasy, często przesiadywałem sam. Błąkałem się bez celu po zamku, patrzyłem na zakurzone obrazy, a nawet grałem sam ze sobą w szachy, byle zająć czymś umysł i uciszyć głód. Nie chciałem zamartwiać syna, który nie zrozumiałby moich problemów. On takowych nie posiadał. Lubił krzywdzić innych.

Alucard mógł poczuć się samotny. Byliśmy we dwóch w pustym, zimnym zamku. Nie mogłem go winić za to, że się nudził.
 Westchnąłem, odsuwając się od okna, zanim pierwszy promień słońca zdołał musnąć moją skórę.
Zaciśnięta pięść rozwarła się powoli, palec po palcu, zaś ja ze zdumieniem zobaczyłem, jak ścieka z niej krew.
Alucard nie był taki jak ja. Nie miał zahamowań, wyrzutów sumienia, żalu. Lecz ja... Ja byłem zgorzkniały i rozgoryczony każdym nadchodzącym dniem. Przeklinałem i siebie, i zamek, i całe swoje przeznaczenie. Nie tego oczekiwałem od swojego życia. Nie po to stałem się Draculą, by krzywdzić ludzi, tylko po to, by ich chronić - by ochronić swój lud przed zagładą, przed potworami mojego pokroju. A nie potrafiłem tego zrobić, czego wyraźnie dowodziła moja żądza mordu.

Słońce pełzło coraz wyżej, ale tym razem nie cofnąłem się. Blask opadał od dołu do góry; w końcu musiałem zmrużyć oczy, niemal oślepiony brzaskiem dnia. Zaczęła mnie piec każda odsłonięta część skóry, ale siłowałem się tak ze światłem jeszcze chwilę, nim, pokonany bólem, wycofałem w mrok komnat. Opuściłem głowę, ciężko oddychając po tej walce, bo regeneracja następowała ostatnio bardzo powoli. Zbyt powoli. Zasłona czarnych włosów odcięła mnie od widoku pięknego wschodu, a ja padłem na kolana, nie patrząc już w górę.
W którym momencie swojego życia wkroczyłem na złą ścieżkę? Gdzie popełniłem błąd? Z obrońcy uciśnionych, stałem się oprawcą. I nie było ważne, na jakim froncie walczyłem. Wątpiłem w to, by miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie, jaką krew teraz wypiję; wroga czy poddanego. Po prostu potrzebowałem żywej ofiary. Pożywienia. Niczym zwierzę, a nie człowiek czy władca, za jakiego uchodziłem.

Może Alucard miał rację, łapiąc tego chłopaka? Może wiedział, że samodzielnie nie tknę jego krwi. Musiał mnie zachęcić, przypomnieć, jak jestem głodny, żebym się w końcu przełamał. Może miałem czasem dziką ochotę na rzeź, ale to nie przysparzało mi żadnej chluby. Ugięcie się takiemu pragnieniu byłoby pogodzeniem się z brakiem człowieczeństwa. A ja naprawdę nie chciałem już nikogo zabijać, a tym bardziej robić tego dla swojej nienormalnej przyjemności.
 Bo przecież w czym zawinił ten młokos? Biedny dzieciak. Znalazł się w nieodpowiednim miejscu i towarzystwie. Mógł nawet nie szpiegować nas za pieniądze. Wystarczyłby szantaż, który uskuteczniali wojskowi zza muru. ,,Oddamy ci siostrę i matkę w zamian za informacje." - ileż to razy już to widywałem? Ile już było takich historii? Nie potrafiłem zliczyć.

Zniechęcenie - to właśnie dopadało mnie w każdej chwili samotności. Znużenie, rezygnacja, odrętwienie, miałem to na porządku dziennym. Rozrywka na pewno dobrze by mi zrobiła, odcięła w końcu od myśli. Mój syn naprawdę się o mnie martwił, chyba rzeczywiście dbał, jak to ostatnio sam określił; pomimo tego, że starałem się nie okazywać przy nim słabości.
Wstałem, przywracając się powoli do porządku, gotów pójść do niego, zgodnie z obietnicą. Nie wiedziałem, na co się przygotowywać, i co takiego mógł tam wymyślić, ufałem jednak, że nie będę się nudził.
Alucard nie nudził się dziś z pewnością.

*

Wszedłem do komnaty, która robiła nam zwykle za sypialnię, wiedziony zapachem żywego człowieka. To było już tak instynktowne, że nie potrafiłbym skłamać, iż szedłem tam świadomie. Szedłem tam, bo musiałem, widząc cały świat w odcieniach burgundu.
 - Panie. - usłyszałem nagle przy sobie niespodziewanie pokorny głos - Pozwól mi sobie pomóc...
Zanim moja uwaga przeniosła się w stronę dźwięku, dostrzegłem Alucarda, który zlizywał z palców własną krew. Dopiero potem moje spojrzenie opadło na chłopaka. Opadło - i tam pozostało.
Moje źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej, a ciężki wydech zdradził mnie niemal od razu. Bo to, co zobaczyłem, nijak nie zgadzało się z zapamiętanym wcześniej obrazem.
 Edwen? Chyba tak nazywał się ten chłopak. Klęczał teraz  na łóżku, z rozpuszczonymi włosami, zarumieniony na policzkach. Niemal nagi, jedynie w białej koszuli Alucarda. Spoglądał na mnie w sposób, który... No cóż, nie spodziewałem się, że potrafił spoglądać w tak spragnionym wyrazie.
 - Razem ci pomożemy - usłyszałem zza pleców melodyjny głos syna - Ty tylko usiądź i się zrelaksuj, mój królu.
 Odwróciłem się przez ramię, rejestrując jedynie to, że jedwabny szlafrok, który miał na sobie, właśnie zsunął mu się z ramion.
 - Co ty mu zrobiłeś? - prychnąłem, nie dowierzając całej sytuacji - Opętałeś go, tak?
 - Nie. - zaprzeczył spokojnie - Nie ma na sobie mojego uroku, jeśli o to pytasz. Nie omamiłem go... Czarami, Draculo. Jedynie powiedziałem mu prawdę.
 - Niby co mu powiedziałeś? - zirytowałem się tymi gierkami, pozwalając jednak, by syn ściągnął ze mnie płaszcz - Groźby tak nie działają.
 - Och, to nic wielkiego. Opowiedziałem mu tylko, dlaczego warto wkupić się w twoje łaski, ojcze. Opowiedziałem mu o tym... Bardzo, baardzo dokładnie. - wyszeptał tuż przy moim uchu - Na tyle dokładnie, że siedzi w wyczekiwaniu z wypiekami na twarzy, jak sam dobrze widzisz.
Przystanąłem pomiędzy jednym i drugim, zdumiony.
 - Ach, i dodatkowo pewnie mu to jeszcze pokazałeś na żywo? - dopytałem, siłując się z ukryciem własnego uśmieszku - A pokazałeś mu, w jaki sposób zabijałem ludzi?
 - Nie, nie. Nie mówmy o tym. - pokręcił powoli głową - Nie strasz mi go niepotrzebnie. Jeśli się spisze... Nie będzie więcej człowiekiem. Pustawo tu u nas na zamku... Nie brakuje ci przypadkiem służby, mój panie? Bo mi bardzo. A on ma doświadczenie w tej pracy. - Alucard wziął mnie pod włos. Dosłownie i w przenośni. Wplótł palce w moje włosy i nakierował z lekka moją głowę w stronę swojej twarzy. - Pobawmy się dzisiaj razem... Taak baaardzo brakuje mi zabawy... - zamruczał - Zbyt grobowo się tutaj zrobiło. Nie ścierpię ani jednego dnia więcej tej strasznej ciszy i kapania wody z dachu. Proszę?... Bądź dla nas dobry...Pokaż swoją królewską szczodrość... - kontynuował, uwodząc mnie w oczywisty sposób, i chyba dając tym samym małe przedstawienie czekającemu chłopakowi - Przyrzekam, że tego nie pożałujesz. - uśmiechnął się zadziornie i wychylił, aby mnie pocałować.
Jego wargi były miękkie i ciepłe, i cudownie pachniały krwią. Powoli, krok za krokiem kierował mnie w stronę łóżka. W końcu dałem się na nie popchnąć, padając na wznak obok chłopaka. I jakby się na to zmówili, w jednej chwili zajęli miejsca bo obu moich stronach; Alucard przesunął dłonią po moim lewym udzie, Edwen zaś po prawym - i wcale nie byłem przekonany, który z nich wyszedł w tym bardziej naturalnie.
 - Wcale nie obiecuję, że on wyjdzie z tego żywy. - ostrzegłem.
 - Liczę się z taką możliwością... - przyznał Alucard - I dlatego właśnie najpierw powinieneś się posilić.
 Tym razem wychylił się w stronę naszego jeńca. Ujął lekko jego twarz i wyszeptał mu coś do ucha. Potem pochylił się, by wbić kły w jego odsłoniętą szyję. Nie połknął jednak ani kropli. Przysunął się do mojej twarzy i złączył usta z moimi wargami. Napoił mnie. Bardzo, bardzo wolno.
 - Ale to ja będę dawkował ci krew, rozumiesz? - wyszeptał, nadal nachylony - Tylko wtedy chłopak będzie miał szanse tu przetrwać. Nie zaprzeczaj. Nie jesteś w stanie kontrolować już głodu. Przestałeś to robić wiele miesięcy temu.
 Kiedy odczucie wygłodnienia przestało już być dla mnie tak palące, zwróciłem uwagę na inne aspekty mojej aktualnej pozycji. Delikatne palce pieściły mnie przez skórzane spodnie, z coraz bardziej wyczuwalnym naciskiem na bardziej wrażliwe punkty. A Alucard znów się wychylił, pobrał kilka kolejnych łyków, i znów oddał mi krew, nie pozwalając mi teraz na jakiekolwiek odezwanie się.
Sprawne palce chłopaka - byłem już pewien, że nie znam tego dotyku - chwyciły mnie nagle u trzonu,  w jednostajnym, napierającym uścisku - i powoli zsunęły się w dół, teraz już wyraźnie wyczuwając moje podniecenie. W moich spodniach zrobiło się teraz o wiele za ciasno.
Było w tym coś piekielnie nęcącego; Alucard, taki stanowczy i opanowany, wymagający wręcz, i ten drugi, będący dla mnie zupełną niewiadomą, niewinnie nieśmiały i jednocześnie rozpalony, pragnący mnie.
Drobna dłoń potarła miarowo o mocno zarysowaną już główkę, a gdzieś wewnątrz mnie odezwała się typowo cielesna potrzeba zaspokojenia. Odetchnąłem ciężko, spinając mięśnie brzucha, by nie dać władzy odruchom i nie wychylić ponaglająco bioder w stronę drażniącej pieszczoty. Mój wzrok nadal zasnuwała czerwona mgła, i nadal byłem głodny, a teraz dodatkowo byłem jeszcze podniecony. I coraz bardziej zły. Alucard zdawał się o tym doskonale wiedzieć, bo położył się nagle na moim torsie, przekładając w połowie, wystarczającej do tego, by mnie zablokować.
- Kontynuuj, malutki... - powiedział zmysłowym tonem do Edwena, gładząc miękko jego policzek - Jeszcze chwilę trzeba go ułagodzić. Cierpliwości...
 Nie wiem, czy ,,ułagodzić" było tu odpowiednim słowem, bo jak na mój gust, to ich działania tylko mnie prowokowały. Ale była w tym jakaś celowość, a ja nagle bardzo zachciałem się dowiedzieć, co takiego wymyślił Alucard.
 - I widzisz? Proszę. Jesteś już zupełnie twardy - oznajmił na głos syn, głaszcząc leniwie dół mojego brzucha - Powiedz mi... Dobrze nam idzie poprawianie ci humoru?
 - Wspaniale. - warknąłem niecierpliwie - Tylko zdecydowanie za wolno.
 - O widzisz? Już przestał się gniewać. - wyjaśnił coś Edwenowi - Możesz teraz być śmielszy.
Poczułem, że obaj rozpinają mi spodnie. Drobne palce zacisnęły się wokół mnie i rozsmarowując wilgoć po całej długości, zwiększały powoli tempo ruchów. Jęknąłem ochryple. Nie byłem przyzwyczajony do tak powolnych pieszczot, i zdawały mi się teraz okropną udręką, gdy moja świadomość wcale nie była nawet w połowie tak czysta jak zwykle, a większość moich zachowań to typowo zwierzęce reakcje. I kiedy mój syn przygniatał mnie do pościeli, już z premedytacją nie pozwalając na żaden ruch.
 - Słyszysz, jak mu się podoba? Normalnie nie miałby tyle cierpliwości, ale teraz naprawdę potrzebuje naszej pomocy... Mmmm... Może częściej powinien się głodzić?... Jest dużo słabszy...- szeptał do Edwena, a ja poczułem, jak ujmuje moje jądra, i pomaga mu mnie ,,ułagodzić" zgodnie z narzuconym rytmem. - Tak, dobrze... A teraz dokładnie go nawilż... - rozkazał mu.
 Wargi chłopaka objęły w odpowiedzi moją męskość, a jego język przesunął się po główce w dokładny, drażniący sposób, zagłębiając się z wolna w każdą obłość, pieszcząc każdy najmniejszy nerw. Końcówka języka musnęła nagle zagłębienie cewki, i nie opanowałem już głosu.
 - Och, kurwa, taak. - warknąłem, łapiąc nagle za pościel, i wbijając w nią pazury. Zafalowałem biodrami, niepomny już na to, czy coś mi wypadało, a coś nie. Bo oprócz tej powolnej pieszczoty, Alucard zajmował się mną niżej w dużo bardziej stanowczych ruchach.
A potem zaczął mnie ssać.
Nie wiedziałem, co mam zrobić z rękami. Poduszka została rozpruta w trzech pierwszych sekundach. Oni obaj klęczeli przy moich biodrach, jeden z drugim ssąc mnie na przemian. Nie powstrzymałem odruchu - chwyciłem ich za włosy obiema rękami- i chciałem teraz tylko wbijać się głębiej i głębiej w ich gardła na przemian, by w końcu spuścić się na ich twarze.
 - Jesteś strasznie niecierpliwy. - poskarżył się Alucard, odrywając na moment - Miałeś być miły, pamiętasz?
 - Ach, do diabła! - warknąłem - Dobra, wystarczy już! Przerżnę was obu. Będę miły. Bardzo miły.
 - I widzisz, tak właśnie rozmawia się z królem - Alucard posłał Edwenowi półuśmiech - Żadnego strachu, musisz wiedzieć, czego chcesz. Jasne? No to do rzeczy. Pokaż mu teraz, czego chcesz.
Edwen oddychał szybko, a czerwoność policzków jeszcze bardziej przybrała na sile. Jego erekcja wyraźnie odznaczała się pod tkaniną zbyt dużej, i mokrej już częściowo koszuli.
 - Chcę... - zaczął, zbliżając się do mnie, ale nie na tyle, bym mógł go ukąsić - Chciałbym... - jedna z jego dłoni zacisnęła się nagle na białej tkaninie, mnąc ją z lekka. Druga dotknęła lekko mojego nadgarstka. W końcu chłopak podniósł na mnie wzrok, speszony. - Twojej obietnicy, o panie... że nie zabijesz mnie, kiedy będę się z tobą kochał. - wyszeptał nieśmiało. - Ani... później.
Zarówno Alucard, jak i ja, posłaliśmy mu w tym momencie podobnie zdziwione spojrzenia. A potem mój syn zaśmiał się w głos.
 - A to z niego mały cwaniak! - zawołał - Nie tego go wcześniej uczyłem, musisz mi uwierzyć, królu.
Jakoś nie było mi teraz do śmiechu. Dzieciak poruszył we mnie bardzo wrażliwą strunę, uderzając w resztki człowieczeństwa, i odebrałem to na  poważnie. Uniosłem się na łokciu i ująłem go z lekka pod brodę.
 - Obiecuję ci.
Czerwień świata straciła na ostrości. Dotykałem tego miękkiego, ciepłego policzka, z pełną świadomością tego, jak krucha była ta istota. Jak prosto i bezmyślnie byłoby dać sobie pofolgować i zabić ją w trakcie zabawy. Że na świecie jest tylko jedna taka, i że znalazła się przy mnie dobrowolnie. Do diaska! To mógłby być mój syn. Przecież w takim wieku zobaczyłem go po raz pierwszy.
 - Obiecuję, że nie zrobię ci krzywdy. Świadomie. Ale jeśli Alucard dalej będzie mnie wypróbowywał, to nie skończy się dobrze dla nikogo. - oznajmiłem poważnie.
 - Gabriel. To nie jest żadna próba. - odparował zaraz dhampir, odsuwając chłopaka poza zasięg moich rąk, wyczuwają nasze nagłe napięcie - Pokazuję ci tylko, że nie możesz walczyć z własną naturą. To po prostu przynosi problemy, i nic poza tym. To. Nie. Próba. Przestań w końcu szukać problemów.
 - Świetnie. I czego jeszcze chcesz mnie dziś ,,nauczyć"?
Syn zmrużył oczy.
 - Może tego, że powinieneś mi w końcu zaufać?
Oho, teraz naprawdę zrobiło się poważnie. Dźwignąłem się z łóżka do siadu.
 - Nigdy nie powiedziałem, że ci nie ufam. Alucard. - przyciągnąłem go do siebie za kark - Jesteś całym moim światem. Może nie potrafię tego pokazać, ale tak jest. Chodź do mnie.
Fuknął tylko w śmieszny sposób, po czym odsunął mnie na odległość ręki.
 - Nie. Dość tych mądrości. Nie będę tego słuchać. Teraz mamy inny plan. Prawda, Edwen?
 - Zdecydowanie inny. - przytaknął chłopak - Taki, w którym nie będziesz miał czasu na podobne przemyślenia. Chcę... Chcę twojej uwagi. Królu. - powiedział w końcu, faktycznie zdecydowanym głosem - Chcę uwagi od was obu.
 - ,,Uwagi", kotku? - dopytał zmysłowo Alucard, oblizując z lekka wargi - To było chyba spore niedopowiedzenie.
*


























poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Wilcze leże - Łup


Rozdział 2





Alkar zwęszył trop. Przesuwał się, krok po kroku, pośród cieni rzucanych przez ogromne jodły a w prawej dłoni trzymał nóż z zęba zabitego przez siebie tygrysa. Zatrzymał się, żeby znowu wciągnąć powietrze i posmakować jego zapach, po czym zniżył okolony czarnymi kudłami łeb, aby niczym wilk, opaść na wszystkie cztery kończyny. Kucnął i przesunął nóż w palcach, odchylając prawy bark do rzutu.
 Biały zając struchlał kilka metrów dalej i nastawił niespokojnie uszy. Nie zdążył odskoczyć. Rzut był precyzyjny; już po chwili mężczyzna przewiesił zdobycz przez pętlę u pasa i wycofał się z widoku, by nie spłoszyć reszty zwierząt, które posilały się w pobliżu.
Był cichy. Bezszelestny. Jednak pobyt pod ziemią nauczył go wielu rzeczy, a najważniejszą z nich była umiejętność przeżycia.
Nie miał zamiaru robić zbędnego pogromu na żerowisku. Ilość upolowanego mięsa była dla niego wystarczająca. Zające musiały czuć się bezpiecznie, by nie zmienić miejsca bytowania, i by mógł do nich wrócić ponownie, jeśli zaszła by taka potrzeba.

 Szaman wracał do obozowiska, ciekaw, czy zastanie tam uratowanego chłopaka. Nie łudził się, że Ryś zaryzykuje pozostanie w obcym koczowisku, ale nie wykluczał też tego, że młody ponownie dostanie majaków, i prześpi cały czas jego nieobecności.
 Tanr półleżał przy ognisku, dorzucając do niego osuszonych szczap. Grzał zziębnięte dłonie i trząsł się z lekka na rozłożonych skórach, prawdopodobnie przez gorączkę. Na przyjście Alkara drgnął ze strachu i wycofał się wgłąb swojego posłania, zerkając na przybysza spod futrzanego okrycia swymi ogromnymi, brązowymi oczyma. Nie wyglądał zdrowo - zarumienione policzki i przeszklony wzrok były oczywistymi objawami zbyt wysokiej temperatury. Jeśli do rany znów wdało się zakażenie - pomyślał Alkar - chłopak nie przeżyje nocy.

Mężczyzna odłożył zdobycz i nóż, umył ręce w śniegu, a potem w wyjętym z woreczka przy pasie drzewnym popiele z dodatkiem odkażających ziół, i bez zbędnych ceregieli przysiadł przy Rysiu, ściągając z niego okrycie.
 - C...co robisz? - stęknął Tanr, próbując siłą przytrzymać ogrzaną skórę blisko swojego ciała - Zostaw mnie. Demonie, zostaw!

Szaman pochylił się nad nim i wciągnął powietrze nozdrzami, w oczywisty sposób zaciągając się jego zapachem. Chłopak przeraził się nie na żarty. W odruchowym zrywie spróbował go odepchnąć, ale wskórał jedynie to, że Alkar chwycił go za nadgarstki i przytrzymał mu je nad głową w mocarnym uścisku. Warknął na niego, wbijając w niego spojrzenie chłodnej, jasnej tęczówki i zbliżył twarz do jego twarzy dużo bardziej, niż wcześniej.

 - Nie rób mi krzywdy... - wyszeptał w panice młody Ryś, całkiem bezbronny pd tym ostrym, karcącym spojrzeniem - proszę, nie rób mi krzywdy, to nie moja wina, cokolwiek cię spotkało, po prostu opanuj się, proszę cię, ja naprawdę nic złego nie zrobi... -
Mężczyzna parsknął z irytacją i puścił go, by w bardzo ludzkim geście położyć mu palec na ustach. Przechylił głowę w bok psim sposobem, czekając, aż dzieciak zrozumie polecenie. To nie wyglądało jak prośba i chłopak zrozumiał ten nakaz, przestając w końcu mówić. Patrzył, jak szaman odchyla skórę z jego bioder, ostrożnie odwija opatrunek z uda, starając się przy tym nie dotknąć rany i znów węszy, na końcu przybierając minę niezadowolenia. Wyjął drugi, czysty nóż.

 - Nie! - rudowłosy młodzieniec struchlał już do końca - Będę posłuszny, nie musisz mi grozić, błagam, obiecuję, że będę ci posłuszny!...
Alkar w jeszcze większej irytacji zacisnął rękę na jego gardle i nachylił się tak, że niemal dotknął ustami jego ust.
 - Przestań... Mówić. - wycedził mu rozkazująco w wargi, i poluzował zaraz chwyt. Panika młodego Rysia pozwoliła mu przypomnieć sobie poszczególne słowa z ich mowy, i teraz postanowił odezwać się w jego języku, aby go uciszyć. Odłożył nóż na posłanie, aby mu nie zawadzał. Potem usiadł prosto, by zmienić choremu opatrunek. Opuszki palców przesunęły się po kawałku zdrowej skóry uda, jakby sprawdzając jego ciepło, a szaman zaczął mruczeć pod nosem jakieś melodyjne słowa w nieznanym Rysiowi języku. Nagle chłopak poczuł w tym miejscu dziwne mrowienie, a dreszcze z całego ciała zanikały i zbierały się właśnie przy ranie; pisnął przez to z bólu, w ostatniej chwili przygryzając sobie wargę, pomny na słowa uzdrowiciela, by nie wydawać zbędnych dźwięków.

Patrzył na proces leczenia ze strachem, ale i zaintrygowaniem, gdy potężne, pełne blizn łapska Szarego Wilka w niesamowicie ostrożny sposób dotykały miejsc przy ranie, by wyciągnąć z niej cały ból i chorobę. Choć szaman od dawna nie wzywał mocy duchów, przemógł się, by poprosić je o pomoc, bo tej rany nie potrafił uleczyć w takich warunkach żadnym normalnym sposobem. W pewnym momencie chłopak wziął głębszy wdech, nadal struchlały, choć teraz z innego powodu. Mrowienie było nieodmiennie zbyt blisko miejsca, które właśnie zaczęło się domagać dodatkowej uwagi. Poczuł ukłucie gorąca w kroczu, choć nie wiedział, czy to za sprawą szamańskiej magii, czy tego, że ten dziki, zagadkowy mężczyzna właśnie dotknął jego odsłoniętej pachwiny. Źrenice Tanra zrobiły się wielkie jak spodki, a twarz i klatkę piersiową zalał wyraźny rumieniec.

 - Przestań, proszę! - wyrwało mu się z gardła, a nawet ponownie spróbował odepchnąć uzdrowiciela, tknięty zawstydzeniem - Już jestem zdrowy, naprawdę, możesz przestać!...- zapewniał ściśniętym głosem, kiedy Alkar bez trudu chwycił jego nadgarstki jedną dłonią i unieruchomił go w miejscu, by zerknąć z nieodgadnioną miną na jego twarz - To co robisz, bardzo mnie krępuje... - spróbował wyjaśniać chłopak, przełykając z trudem ślinę - Ciało przestaje mnie słuchać, zrozum...
 - Sza.- powiedział wyraźnym głosem Alkar, choć wyraźnie był zaciekawiony jego reakcjami - Potrzebuję... - zawiesił głos, szukając usilnie odpowiedniego słowa - ...skupienia. - wyrzekł, choć w jego ustach przypominało to bardziej warknięcie.

Dokończył proces uzdrawiania, niepomny na to, że w spodniach Tanra zrobiło się teraz wyraźne wybrzuszenie i równie niepomny na jego zarumienioną w zawstydzeniu twarz.
Chłopak nie śmiał się poruszyć, czując gulę w gardle. Czuł, że zeszła mu gorączka, ale w środku było mu tak ciepło, jakby nagle nastało lato. Dłonie szamana smarowały gojącą się ranę jakąś ostro pachnącą maścią, lecz młody Ryś wcale nie myślał już o bólu. Był bardzo spłoszony, a jego szybki oddech do złudzenia przypominał oddech jakiegoś małego zwierzątka zagnanego pod ścianę.
- Już. - powiedział w końcu Alkar, nie patrząc na jego twarz - Będziesz zdrowy.
Tanr zagryzł zęby, pozwalając opatrzyć ranę i na powrót okryć się futrem, nie śmiąc zmienić pozycji w obawie na reakcję tego niezrozumiałego, ludzkiego demona. Obserwował, jak nieznajomy z zupełną obojętnością odwraca się do niego plecami i idzie przyrządzać posiłek, a potem, jak zajmuje ulubione miejsce na konarze drzewa i ucina sobie drzemkę bez słowa wyjaśnienia.

Nastała cisza, przerywana jedynie odgłosami trzaskającego ognia. Chłopak odczekał jeszcze chwilę, po czym wsunął dłoń pod okrycie, niepewien jeszcze, czy powinien sobie ulżyć, czy może lepiej, by tego nie robił przy Szarym Wilku, który mógł tylko udawać, że spał. Przełknął z trudem ślinę, uświadamiając sobie, że naprawdę od dawna nie robił sobie dobrze, i że półsztywna erekcja wcale nie chciała opaść, póki miał Alkara w zasięgu wzroku. Ale bał się. Bał się tego dziwnego mężczyzny i bał się, że mógłby go obudzić jakimś niezamierzonym dźwiękiem.

Szary Wilk chyba nie miał z tym problemów. Ciężko było stwierdzić czy zasnął, ale leżał na wznak, oczy miał zamknięte, a jego dłoń przesunęła się bezpardonowo z umięśnionego brzucha aż na krocze. Westchnął mrukliwie, niemal miękko, a druga ręka zacisnęła się silnie nad jego głową na chropowatym konarze, utrzymując ciało w stabilnej pozycji nad ziemią. Miał kocie ruchy i takąż równowagę; jakby robił to już setki razy wcześniej.

Tanr odwrócił szybko wzrok, czując, że od tego podglądania znowu pieką go policzki. Jego serce zabiło mocniej, kiedy próbował udawać, że wcale nie patrzy, jak palce mężczyzny wsuwają się pod przepaskę biodrową, a część materiału zsuwa się ciężko, odkrywając umięśnione udo i część widoku na to, jak zaczyna się pieścić.
Czy ten pokaz był zamierzony? Tego chłopak nie mógł wiedzieć, ale nie minęła długa chwila, kiedy, nieco ośmielony, poszedł jego śladem. Przygryzł swoje przedramię, zdeterminowany żeby się jednak przed nim nie zdradzić, choć jego lędźwie paliły żywym ogniem, gdy naśladował szybki rytm Alkara. 
Demon z Puszczy Czerwonego Kła robił sobie dobrze, wzdychając w głos i bez najmniejszej sekretności przesuwając ręką po grubym, śliskim już trzonie. Nadal z zamkniętymi oczami. Nadal nie bacząc na działania młodzieńca, jakby tamten był zaledwie powietrzem. Chociaż dla niego może właśnie nim był?

Tanr zdusił pojedynczy jęk, który wydostał mu się z gardła, gdy dochodził. Nie zajęło to wiele czasu. Zerkał kątem oka na to, jak szaman w nieprzyzwoity sposób zataczał wokół główki erekcji małe kółka, wydobywając z czubka pojedyncze krople, a później jak jego biodra falują lekko, pożądając w przedorgazmowym odruchu dużo mocniejszego dotyku. Doskonale widział, jak jego silne palce okalają członka niemal brutalnym uściskiem, by zaraz zacisnąć pięść na odznaczającej się żołędzi i otulić ją tak, by główka obijała się bezustannie o wnętrze dłoni.
 Alkar dyszał w rozkoszy, a jego mięśnie spięły się na moment, gdy biała struga rozlała mu się obficie spomiędzy palców, zaś ciemnoróżowa żołądź męskości pokryła się gęstą spermą, która ściekała po trzonie i twardej skórze uda w dowodzie naprawdę silnego orgazmu.
 Warknął, odsłaniając ostre zęby i ocierając karkiem o gałąź pod sobą, gdy drżenie mięśni przeszło przez niego na podobieństwo fali, a potem opadł w przyjemności w to samo miejsce, przeciągając się z leniwa beztroską, jak gdyby nic wcześniej nie zaszło.  Przypominał w tym akcie dzikie zwierzę, lecz z pewnością nie człowieka. Zwierzę, demona; coś, co gorszyło tą bezczelną namiętnością i bezwstydnie naturalnie mogło obnosić się z żądzami, lecz nie było zwykłym śmiertelnikiem, który powinien czuć wstyd.

Chłopak wytarł dłoń i okrył się szczelnie futrem, odwracając się do mężczyzny tyłem i próbując uspokoić oddech oraz ukryć czerwoną od emocji twarz.
Nie był świadom tego, że Alkar wbijał w niego teraz spojrzenie pełne dzikiej satysfakcji. Nie mógł wiedzieć, że szaman doskonale słyszał każdy jego wcześniejszy ruch. Nozdrza Wilka poruszyły się, łapiąc zapach spełnienia Tanra, zaś przejrzyste ślepie zmrużyło się drapieżnie.
,,Będziesz zdrów" - pomyślał szaman, upewniając się w tym osądzie, i pozwalając sobie na półuśmiech - ,,Coś jeszcze spróbujesz przede mną ukryć, płochliwy chłopcze?"


sobota, 15 kwietnia 2017

Ultimatum diabła


Arathon, część 5



Obudzili się w lochach. I Arathon, i Eltar.
Dokładniej: obudziła ich woń krwi.
- Spodziewałem się po tobie większych oporów, Arri. Zdecydowanie zawiodłeś moje oczekiwania. - odezwa się leniwie rozbawiony głos Alverana - Głodni, hmm? Złapałem was nie w porę?
 Król wampirów wstał zza biurka, wylewając zawartość butelki z krwią na ziemię.
 - Ups. Cóż, teraz z pewnością już jesteście głodni.

Arathon uniósł głowę i szybko zorientował się, że ma na szyi stalową obrożę, która przykuwa go do ściany.
 - Alveran! Cóż się stało, że muszę cię widzieć? Zatęskniłeś za moim jakże przystojnym licem? Ha! Mówiłem, że tak będzie. Nie wytrzymałeś nawet dziesięciu lat, tak się wytęskniłeś!
Eltar nie odzywał się, przesuwając spojrzeniem od jednego starego wampira do drugiego, pewnie jeszcze starszego.
 - Stęskniłem? - zdziwił się król ciemności - Za tobą? Z pewnością oszalałeś, jeśli przyszło ci to do głowy. Prawdę mówiąc, zrobiłbym wszystko, żeby nie widzieć już twojej irytującej gęby aż do końca świata, ale, niestety, znowu złamałeś moje prawo, i znów muszę cię za to ukarać.
- Oooch, taak? - wyszczerzył się Arathon, nawet nie próbując ukryć, że sprawdza solidność kajdan, które przykuwały go do ściany, także za nadgarstki - Ostatnio kiepsko ci poszło, z tego co pamiętam. Pobiliśmy się, nie? Wpadłeś w szał. Zniszczyłeś sobie z pół zamku. Fajnie było, nie powiem, chcesz to powtórzyć?
 - Zamilcz! - Alveran bez zastanowienia strzaskał butelkę na jego głowie, pozwalając, by szkło powbijało się w twarz czerwonowłosego wampira - Na całą magię świata, naprawdę łudziłem się, że znormalniałeś, i naprawdę muszę zrezygnować z tej wersji... Znowu.
 Odrzucił za siebie szyjkę od butelki, wyciągnął zza pasa nóż.
 - Ooo, masz nową zabawkę? - zadrwił Arathon, nic sobie nie robiąc z obrażeń - Faajna, a umiesz jej w ogóle używać?
Alveran już się nie uśmiechał.
 - Posrebrzana, jak zapewne dobrze czujesz. Ale czy potrafię się nią bawić?... Nie wiem. Zaraz to sprawdzę... - odszedł od Arathona i luźnym krokiem podszedł do Eltara - ...Na nim.
 Eltar szarpnął się w panice, czując odór srebra. Wbił przerażone spojrzenie w Arathona, czekając na jakąkolwiek pomoc, zaś Arathon spasował nagle, i również przestał się wygłupiać.
 - Żartujesz chyba - książę szarpnął kajdanami dużo mocniej, niż poprzednio - On nie jest niczemu winien! Zostaw go! Zostaw, do kurwy nędzy, przecież nic ci nie zrobił!
Alveran wzruszył obojętnie ramionami. Przyłożył ostrze do gardła elfa.
 - Ale ty zrobiłeś. A ty zrozumiesz swój błąd dopiero wtedy, gdy odbiorę ci coś, na czym ci zależy, bo nie zależy ci na tobie samym, jesteś na to za głupi. Muszę więc nauczyć cię zasad poprzez niego. Sam do tego doprowadziłeś.
 - Przestań! Wypuść mnie i walcz, ty tchórzu! Walcz ze mną! Nie masz prawa go tknąć! - ryknął wampir.
 - Mam największe prawo, jakbyś nie pamiętał - poprawił go Savgar Alveran - Mam prawo zrobić z nim wszystko, co mi się spodoba, bo złamałeś moje zasady. Mogę go zniszczyć, mogę pozwolić mu konać przez setki lat, mogę wziąć go sobie do haremu albo zrobić z niego gladiatora do walk, właściwie mogę wymyślić dosłownie wszystko, i tylko od ciebie zależy, jak bardzo on na tym ucierpi. - wyjaśnił spokojnie, ocierając płaską częścią o szyję elfa, i tym samym wywołując poparzenia w tym miejscu - Chyba, że szybko zaczniesz współpracować.
- Arathon, zrób coś! - wrzasnął elf, wijąc się w więzach z bólu, bez żadnego skutku - Czego chce ten sadystyczny pojeb?!

Król wampirów zacmokał z niezadowoleniem.
 - ,,Pojeb"? Chyba pomyliłeś osoby, dziecino. To twój kochaś jest pojebem. Ja jestem tu od pilnowania prawa. Prawa, bez którego tacy jak ty i on nie przeżyliby w tym świecie nawet dnia. Jestem twoim królem, tak się niemiło składa.
- Alveran, zostaw go! - warknął Arathon, teraz już wyraźnie wściekły - Będę zmieniał kogo chcę i kiedy chcę, a tobie nic do tego! Jestem od ciebie starszy i masz mnie słuchać!
 - Jesteś starszy i głupszy, i to ja tobą rządzę - odwarknął Savgar, odejmując sztylet od skóry elfa - Gdyby było inaczej, to ty siedziałbyś na tronie, a jak dobrze wiemy, nigdy go nie miałeś.
 - Czego chcesz?!
 - Chcę twojej uległości, Arathon. Uległości i szczerej służby, i należy mi się to z racji stanowiska. - odrzekł król wampirów.
 - Nigdy. - książę zacisnął dłonie w pięści, a tęczówki rozjarzyły się furią - Prędzej zginę, niż dam ci wygrać.
- Raczej on zginie, i to tylko przez twoją głupią dumę. - wskazał na Eltara i wbił mu ostrze w bark. Młody wampir wrzasnął z bólu. - I to zginie bardzo paskudną śmiercią, żebyś zapamiętał sobie, że nie należy mnie drażnić. Ciebie zostawię tutaj, na wieki, żebyś nabrał trochę rozumu.
 - Zostaw go! Zostaw! Dogadajmy się. - Arathon był nieco spanikowany -  Musisz czegoś chcieć. Po coś mnie tu trzymasz i nie jest to kwestia złożenia ci przysięgi wierności, już to przerabialiśmy. Czego chcesz naprawdę?

Alveran zostawił ostrze w ciele elfa i udał, że się zastanawia.
 - Mam to uznać za kapitulację? Chcesz mi coś dać w zamian? Coś - za jego życie? Dobrze rozumiem?
 - Dam ci wszystko, tylko go wypuść. Ale nie swoje poddaństwo. - zaznaczył książę.
- Och, dobrze więc. Chcę więc rozrywki. Dasz mi ją? Dasz mi cokolwiek zechcę, Arathon? Przecież właśnie ją sobie biorę. Czym mógłbyś mnie usatysfakcjonować bardziej? Gram ci na nerwach i dokonuję zemsty, czy może być coś bardziej przyjemnego?
 - Na pewno jest coś, czego byś chciał. Robisz to wszystko w jakimś celu. - uświadomił mu.

Król znowu udał, że się zastanawia.
 - A jeśli to twój kochaś miałby mi złożyć przysięgę wierności, co wtedy? Powiedzmy, że wtedy go wypuszczę. Będzie moim sługą.
 - Nie! Mowy nie ma. On jest mój! - zaprzeczył ostro czerwonowłosy.
 - Cóż więc. Raczej się nie dogadamy.
 - Wiem, że chcesz mnie złamać. Wiesz, że nie dasz rady. Ale mogę dać ci coś, czego potrzebujesz. Ściągnąłeś nas tu razem. Chcesz przedstawienia? Rzewnych scen? To ma zaspokoić twój brak emocji? To twoje złamane serce? Chcesz w końcu coś poczuć, o to chodzi? - naciskał, spoglądając na cierpiącego Eltara.

Alveran zamarł, jakby Arathon trzasnął go właśnie w twarz.
 - Coś ty powiedział? - podszedł do wampira, i chwycił go za gardło - Za kogo ty się masz, psie?
 - Może nie jasnowidza, ale na pewno kogoś, kto zna ból po stracie miłości - powiedział hardo wampir - A ty miotasz się odkąd odszedł Iattarno, to znaczy jakieś dziesiątki lat, nie?
 - Nie przypominaj mi o tym – ostrzegł go Alveran – Nie masz pojęcia co się wtedy stało.
 - Zabiłeś go – uściślił Arathon – W paskudny sposób.
To wyprowadziło Alverana z równowagi. Wypuścił ostrze z rąk i chwycił wampira za gardło. Wbił mu pazury pod szczękę.
- Ale nie martw się! Ja również zamordowałem kogoś ze swojej rodziny w paskudny sposób. - kontynuował Arathon przyduszonym głosem, nadal niezrażony, choć wyraźnie ranny, z dobrą miną do złej gry - Tylko ja nie wypominam sobie tego przez taki szmat czasu, to musi być strasznie męczące, mam rację?
 - Arathon, może lepiej nie... - odezwał się Eltar, spoglądając z coraz większą wątpliwością w stronę coraz bardziej wściekłego króla ciemności - Nie gadaj tyle, co? Chyba... nie polepszasz sytuacji.
- Co więcej, zabiłeś Iattarno i zostawiłeś jego ciało w wannie krwi, i poszedłeś sobie na spacer, jakby cię to wcale nie obeszło... - ciągnął Arathon, niepomny na fakt, że Alveran zwyczajnie go dusił - I nawet nie przyszło ci do głowy, by sprawdzić, co się stało z jego ciałem, kiedy już wróciłeś - wydyszał.

Savgar puścił go z odrazą, wbijając w niego spojrzenie rozjarzonych wściekle ślepi.
 - Skąd wiesz? - warknął, zaciskając rękę w pięść, i czując jak coraz bardziej traci nad sobą panowanie - SKĄD... TO... WIESZ?!
 - Bo tak się składa, że innym akurat przyszło do głowy by sprawdzić, co dzieje się z ciałem wampira czystej krwi, który właśnie przysłowiowo wyzionął ducha - wykasłał z siebie Arathon, hardo udając, że nie czuje bólu - Gdyż chodziła plotka, że można takiego wskrzesić na nowo... Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby ktoś wskrzesił takiego Iattarno i podporządkował sobie go jak psa jako jego ojciec krwi?
 - Nie można wskrzesić trupa, durniu! - Źrenice króla zmniejszyły się do dwóch pociągłych linii, niczym u kobry - Nie można! Nikogo nie przywróci się do żywych, kiedy jest rozczłonkowany, nikogo, zaręczam ci!
 - A widzisz! Twoje poręczenia są bezwartościowe, bo właśnie można. Można, i ja wiem, że ktoś to zrobił. To nie twoja służba wywlokła jego trupa z zamku. Nie ona.
Alveran milczał. Milczał w martwej ciszy, czekając na dalszy ciąg wyjaśnień.
 - Co gorsza, ten sam ktoś oprócz Iattarno, zgarnął sobie również Szkatułę Czasu, o wiele, wiele wcześniej. Dlatego wiem o całym tym zajściu. Jak ci zapewne wiadomo ja osobiście poszukuję jej od wieków. I co? Głupio ci teraz, heh?
Alveran milczał dalej. Czerwone ślepia przygasły. Rozprostował dłoń.
 - Jesteś szaleńcem i twoje słowa nie mają żadnego pokrycia - westchnął z irytacją, po czym podniósł nóż - Lecz zanim zdołasz namieszać w głowie i mi, po prostu się ciebie pozbędę.
 - Ho ho, hola! - Arathon uśmiechnął się nieprzyjemnie, po czym szarpnął kajdanami tak, że od ściany oderwały się kawałki muru - Zaczekaj z tym jeszcze, nie wiesz o najlepszym! Wiesz, gdzie jest teraz twój biedny odrodzony kochanek i jego nowy tatuś? Wiesz?
- Gadasz idiotyzmy - zaparł się Alveran, choć jego dłoń zadrżała przed ruchem, którym miał mu poderżnąć gardło - Nie wierzę w ani jedną z twoich historii.
 - Gdybyś mi nie wierzył, nie dałbyś mi mówić, ale ty chcesz mnie słuchać - Arathon przechylił głowę, nachylając się z lekka w jego stronę i oblizując powoli dolną wargę - Daję ci właśnie rozrywkę, dla której mnie tu ściągnąłeś... Opowiem dalej, ale najpierw... Dasz mi pić. I uwolnisz Eltara.
 - Twoje szaleństwo jest niemal tak samo irytujące, jak twoja zuchwałość. Ale w jednym masz rację. Zdołałeś mnie zainteresować. Niemniej jednak: nie będziesz stawiał mi warunków. Najpierw powiesz mi wszystko co tylko zechcę, a dopiero potem zastanowię się, czy sobie na coś zasłużyłeś. - podsumował król.
 - Mogę postawić ci coś więcej niż warunki, ale najpierw dasz mi to, czego chcę, zaś dopiero potem przejdziemy do twoich potrzeb - odparł przekornie Arathon, przymykając z lekka ślepia rozjarzone głodem.

 Alveran również przymknął ślepia, w bardzo podobny, prowokacyjny sposób.
Eltar zorientował się, że to nie miało nic wspólnego z przypadkiem. Oba wampiry próbowały właśnie użyć swojej mocy uwiedzenia i opętania swojej ofiary, siłując się, kto był w tym lepszy. Powietrze zrobiło się ciężkie od napięcia, a pomieszczenie coraz bardziej wypełniało się mocą. Nowonarodzony był w tym bezradny jak dzieciak, nieodporny w najmniejszy sposób. Szybko zrobił się twardy z pożądania, i tok jego myślenia spełzł z ucieczki na znacznie bardziej przyjemne tory. Patrzył na nich wielkimi oczami, przygryzł dolną wargę. Jeszcze tego brakowało, żeby obaj zaczęli się teraz pieprzyć na jego oczach.
Żaden ze starych wampirów nie zwrócił na to uwagi.
- Masz się poddać. - warknął Alveran.
 - Bo co? - parsknął książę - Będziesz mnie teraz podrywał? Wiem, że na mnie lecisz, ale bez przes... -
Król wbił posrebrzane ostrze w ścianę tuż przy jego twarzy.
 - Nie - wyszeptał, podejrzanie łagodnym głosem - Nie ja ciebie...
Odszedł od Arathona, zbliżył się do Eltara. Wyjął klucze. Bardzo powoli odpiął go od ściany, pod czujnym spojrzeniem księcia. Zanim zajął się kajdanami, zbliżył się i westchnął młodemu wampirowi bardzo blisko szyi, wciągając jego zapach. Opętał go bez trudu, zrobił swoją ofiarą, bezwolną podnieceniu. Nie musiał nawet go dotykać. Eltar jęknął, niepocieszony, kiedy król odsunął się kawałek do tyłu, i zaczął się szarpać, byleby tylko być bliżej niego.
 - Jak ci się podoba taki układ? - spytał zimno, wpatrzony w Arathona. I Arathon przegrał. W tak banalny, przewidywalny sposób. Zagryzł zęby, zacisnął pięści.
- Więc od czego mam zacząć, królu? - zapytał, opuszczając wzrok.


piątek, 10 lutego 2017

Arkana Avalonu - Wiarołomca

Odświeżona seria Mordreda. Bardziej ponura od pierwowzoru. Dla osób o mocnych nerwach. +18 







Nazywam się Mordred la Fay i jestem największym zbrodniarzem czasów walk Saksonów z Brytami, a oto moja historia po ostatecznej bitwie z Rycerzami Okrągłego Stołu i moim ojcem, królem Arturem...

Więc: dawno, dawno temu...
Nie! Tym razem wystarczy już kłamstw.
Powiem wam, jak było naprawdę.

 To było wczoraj.
To wczoraj przykuli mnie do pala i wykastrowali jak psa. Nie owijajmy w bawełnę. Dokładnie tak było. Choć... Przebiegło to może nieco bardziej dramatycznie. Żadne ze słów, które tu padną, nie opiszą podobnego bólu. Kiepski ze mnie gawędziarz, a szczegóły z tego momentu wolę jednak zachować dla siebie.
Ach, miałem nie kłamać? Więc dobrze, opiszę to. Ale sami tego chcieliście.

*


 - Njor! Dawaj tu! Ten jeszcze oddycha!
 - Psiamać, Gregg, nie widzisz, że jestem zajęty? Pierdolone ścierwa, dobijać to wszystko, i to na co? I tak by pozdychali w tym zimnie...
 - Njor, rusz dupę i mi pomóż! Ten skurwysyn zabił króla Artura!
 - CO? Dorwałeś tego saksońskiego zdrajcę?! Czemu nic nie mówisz?

I tak oto dwie pary rąk wyrwały mnie spod ciepłego stosu trupów i przywróciły świadomość tego, że żyję. Nie pamiętam momentu podróży. Zdaje się, że ciągnęli mnie po ziemi aż do swojego komendanta. Przeciągnęli mnie po całym polu bitwy razem ze złamaną lancą w brzuchu. Chyba tylko dlatego, że nie wypadła, nie wykrwawiłem się do reszty.


 - Njor z drugiego pułku, komendancie! Melduję odnalezienie Mordreda la Fay. Jeszcze żyje. Czekam na rozkazy!
Uchyliłem powieki. Powietrze zaszczypało w oczy i od razu sypnęło w nie piachem, którym byłem pokryty. Zakasłałem gwałtownie, próbując wypluć zalegającą krew, ale zarzęziłem tylko w kompromitujący sposób i dusiłem się dalej, prawie niepomny na rozgrywającą się scenę.


 - To ten? Na pewno? - odezwał się obcy głos – Ha, faktycznie, to ta parszywa, gadzia morda. Powieście go na drzewie, niech się reszta napatrzy... Albo nie, stać! Stać, nie można z nim tak, toż to wszak bękart króla... Do diabła, przecież on nie dożyje procesu... A wypadałoby go skrócić o głowę na rynku w Camelocie. To inaczej. Niech zdechnie przy palu, tutaj, w Calman. Podbudujemy trochę morale naszych. Niech patrzą.

Rozkasłałem się na dobre, obejmując się rękoma, z twarzą na ziemi.

Chciałem zaprotestować, powiedzieć coś o okupie, by zyskać trochę czasu, ale nie byłem w stanie wyrzec ani jednego wyraźnego słowa. Ktoś kopnął mnie w bok i tym samym ból wykluczył mnie na kolejne parę minut rozmowy.

 - Ale nie tak normalnie, psiamać. Njor. To nie jest panienka z wyższych sfer, ta gnida ma cierpieć, zanim zdechnie! Niech się chłopcy pośmieją, to przez niego przecież musieli walczyć. Utnijcie mu klejnoty, należy mu się, wiarołomcy.

Tym razem zdołałem zaprotestować, nawet z krwią w płucach i z zamkniętymi oczami.

 - Nie możesz! - warknąłem, prychając w piach – Jestem synem króla, prawą ręką Hengista, na pewno dostaniesz sowity okup, nie możesz!...
Znowu kopniak, tym razem w brzuch. Zwinąłem się w sobie i zwymiotowałem. Zaćmiło mi wzrok, wraz z kolejnym poruszeniem się.

 - Uciszcie to ścierwo. - padł rozkaz od mojego oprawcy – Do pala go, i nie dajcie mu przedwcześnie zdechnąć. Nie dość, że zdrajca, krzywoprzysięzca i ojcobójca, to jeszcze poganin. Pfe! - splunął obok mnie – Niech wraca do diabła, tam, skąd przylazł!

Pociągnęli mnie po suchej trawie dalej. Moja głowa obijała się bezwładnie o wystające kamienie. Byłem słaby jak pisklę, które wypadło z gniazda. Bolała mnie każda część ciała, choć nie ta, której ból miałem zaraz poznać. Gorączkowałem, dusiłem się i byłem szczerze zdziwiony, że nadal nie straciłem świadomości.

Przywiązali mnie powrozami do drewnianego słupa. Nie miałem nawet siły, by podnieść głowę. Walczyłem, by nie krztusić się żółcią, która z bólu podchodziła mi do gardła. Ale widziałem w tym wszystkim jedną pozytywną stronę. Szybką śmierć. Nie wyobrażałem sobie, bym przeżył coś takiego.
Nie bawili się w czyszczenie noża, ani nic podobnego. Ściągnęli mi spodnie, jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem; jeden trzymał brudne, krótkie ostrze, zaś drugi - rozżarzony pogrzebacz.

 - Błagam... - jęknąłem, resztą sił próbując uwolnić się z więzów, choć wiedziałem, że to na nic.

W końcu przez gardło przeszło mi coś wyraźnego.


 - ...Błagam, nie. Zrobię wszystko, tylko... -

Odjęło mi dech. Wiedziałem, że mi nie odpuszczą, chcieli ode mnie przedstawienia. Wszyscy go chcieli.

Morderd Zdrajca, w końcu złapany, zhańbiony i konający na ich oczach? To musiało być satysfakcjonujące. Zło, które zostało pokonane, sprawiedliwość, która zwyciężyła. Należało mi się to w końcu za wszystkie moje przewinienia, razem z tym, że w ogóle przyszedłem na świat, prawda?
Dziecko z kazirodczego związku, książę, który zdradził swój kraj, kłamca, odszczepieniec, potwór. Tym właśnie byłem w ich oczach.

Cięcie nie było ani krótkie, ani czyste. Zawyłem z bólu, słysząc ich zadowolony rechot. Dziesiątki żołnierzy i ja, półnagi. Pół drzewca włóczni Artura zakleszczyło się pod dziwnym kątem w moich żebrach i brzuchu.
 Zagryzłem zęby i zamknąłem oczy. Kolejny krzyk przeciął powietrze i poniósł się o wiele dalej, niż sięgało pole bitwy. Gorąca krew pociekła mi po nogach, ale ja już o tym nie wiedziałem. Nie patrzyłem, nie chciałem wiedzieć. Mój świat umarł razem z moją dumą.
 Wisiałem jak kukła, kiedy przypalili ranę pogrzebaczem i odeszli, dając mi skonać.
A przynajmniej tak mi się wydawało.

Byłem zdrajcą, więc nie zasługiwałem na pochówek. Zostawili mnie na pokarm dla kruków i wron.
Ale jednak obudziłem się. Kiedy otworzyłem oczy, był rześki, bezchmurny ranek. Uniosłem głowę bez chęci istnienia i bez żadnej nadziei. Ciepłe promienie słońca jak na złość załaskotały mnie w twarz.
Wtedy poczułem ból. Pierwsze uderzenie pobiegło od lędźwi i trzewi do góry, potem odezwała się rana od włóczni. Okazało się, że wyjęli drewno i tę ranę również przypalili, żebym się zbyt szybko nie wykrwawił.
 Przeklinałem swoją wolę życia, kiedy łzy bezradności napłynęły mi do oczu. Popłakałem się jak dziecko. Żałośnie i głośno. To był ostateczny koniec hardego Mordreda la Fay.
Nie wiem jakim cudem powrozy puściły. Nie wiem jak uniosłem się z ziemi, doczołgałem do lasu i znalazłem w nim strumień. Znalazłem też stary prowiant z wojska, dwa złamane kije, które potraktowałem jak kule i nie myśląc właściwie o niczym, ruszyłem prosto przed siebie, podpierając się i kuśtykając, byle dalej od stosu trupów i smrodu zgnilizny.
Chciałem umrzeć w lepszym miejscu. Ładnym. Spokojnym. Miałem do tego prawo. Nie w pyle, wśród wron i zwłok.
 Szedłem długo, tak mi się zdawało. Kiedy nastał w końcu mój kres sił, znalazłem naprawdę miłe miejsce.
Na polanie była mgła, ale przez gęste korony drzew przebłyskiwało ciepłe słońce. Padłem bez sił, już nie oddychając – a rzężąc. Czułem zakażenie w całym ciele. Żyły na moich dłoniach nabrały fioletowego koloru. Cuchnęło stęchlizną. Tym razem straciłem przytomność nie z bólu, a z wycieńczenia. I tak właśnie miało być.

 Nie zabił mnie Artur, nie zabiło jego beznadziejne wojsko, nie zabiła mnie matka, kiedy tylko dowiedziała się, że ma bachora z własnym bratem. Nie zabiła mnie ambicja ani moje knowania, a jednak nie mogłem umrzeć z honorem. Teraz byłem niczym, i to we własnych oczach. I to właśnie mnie zabijało.
Nie pożegnałem się ze światem. Nie było mi żal odchodzić. Chciałem tego i pragnąłem teraz jak nic innego. Pamiętam, że pomiędzy charkoczącym wdechem i świszczącym wydechem zacząłem się śmiać. Dopiero wtedy nastała ciemność.

*

Mgła była gęsta, ale postać, która leżała na ziemi, wyraźnie odznaczała się na zielonej trawie.
Była tu jedyną niepasującą formą. Cały las przepełniało życie i spokój. Wszystko inne było ciche. Nie niosło ze sobą bólu i nienawiści.
 Opary rozstąpiły się, ukazując postać spowitą w białe szaty. Zjawa przysunęła się do leżącego, opadła przy nim na kolana i wyciągnęła nad nim rękę.
Krótkie, białe światło spowiło rannego opalizującym całunem, a potem wszystko rozmyło się w mlecznej poświacie.

*


 - Elleandere. Via el a moor. Elleandere. Inesaare.

Czułem, jak okala mnie ciepło. Coś, a właściwie ktoś dotykał mojego brzucha i mamrotał pod nosem jakieś formuły w nieznanym mi języku.


- Endrasse. Via el a moor...

Dłoń o idealnie gładkiej skórze zsunęła się niżej, dokładnie w to miejsce, którego już nigdy nikomu nie miałem zamiaru pokazywać.

Zakasłałem gwałtownie, wybudzając się z półsnu. Dłoń nie odsunęła się, nie znikła. Pomimo ciepła - ścierpła mi skóra, a serce ruszyło szaleńczym galopem, kiedy dotarło do mnie, że nadal nie umarłem. Że ktoś dotykał mojego poharatanego krocza, zabierając tym cały ból. Że nie mogę zrobić nic, by na to nie pozwolić.
 Były pewne granice mojej cierpliwości. Mogłem ścierpieć naprawdę wiele, ale za nic w świecie, nawet gdyby mnie torturowali, nie zamierzałem przyznawać się do tego, że jestem kaleką. Nawet, jeśli byłem w Niebie, i leczył mnie anioł, pierwszą reakcją, jaką poczułem, była chęć chwycenia go za gardło.

 - Przestań! - charknąłem, tylko w swoim mniemaniu mówiąc to wyraźnie – Daj mi w końcu zdechnąć! Dajcie mi wszyscy zdechnąć, do cholery! Chcę tego, rozumiesz?!

Otworzyłem oczy, ale natychmiast zasłoniłem je przedramieniem, kiedy światło zakuło w nadwrażliwe źrenice.

Dłoń nie cofnęła się.

 - Elleandere...
 - Zostaw mnie! Przestań, słyszysz?!

Tylko częściowo udało mi się zasłonić oczy. Poczułem ucisk na nadgarstku. I na drugim także. I na kostkach nóg.

Byłem związany?

 - Co jest, do kurwy...?
 - Przestań wierzgać. - uciszył mnie chłodny, obcy głos.
 - Wypuść mnie! Jestem synem króla! Jestem księciem!
 - Jesteś w moim domu. Nie interesuje mnie kim kiedyś byłeś.

To uciszyło mnie niemal od razu. Przez przymrużone oczy dostrzegłem chłopaka o bardzo jasnej skórze, świecących oczach i białej, wyraźnej poświacie.
 Na bogów, gdybym w nich wierzył, mógłbym przysiąc, że widzę anioła.

Ta sytuacja wydawała się być tak nierealna, że ledwo zbierałem myśli. Akcent mężczyzny miał jakąś dziwną, melodyjną nutę, zdecydowanie różnił się od naszego. Zresztą, nie tylko akcent go wyróżniał. Jego włosy miały srebrny kolor, niczym ostrze nowego miecza. Nie siwy, po prostu srebrny. Tęczówki były niemal żółte, a gdy padało na nie ciepłe światło, nabierały złotego blasku. Twarz o regularnych, ostrych rysach i migdałowych oczach niechybnie zdradzała krew wysoko urodzonego. Miał ostro zakończone uszy. Poza tym, jak 
na mężczyznę był bardzo zadbany. Z wyszczególnieniem tego bardzo. Na mój gust, za bardzo, jeśli rzeczywiście miał uchodzić za mężczyznę.
Skrzywiłem się.

- ...Elleandere. Inesaare. - odsunął w końcu rękę i nakrył mnie białym prześcieradłem, odstępując krok w tył – Skończone.


Łypnąłem na niego spode łba. Skończone? To znaczy jego leczenie? Wcale go nie chciałem!

 - To bezcelowe, i tak dam się zabić, jak tylko stąd wyjdę – sarknąłem, nie mając pojęcia, jak zareagować na to wszystko. I na niego, to jego opanowanie.
 - Dlatego nie wypuszczę cię, dopóki ci nie przejdzie – odparł z zimnym spokojem, wycierając dłonie w czystą szmatkę – Przez ostatnie trzy dni mówiłeś to w majakach chyba ze sto razy.

Chłopak przestał się świecić, albo wcześniej miałem tylko jakieś przewidzenia. Nadal jednak nie wyglądał zwyczajnie. Nie było w nim nawet krzty zwyczajności.


 - Dlaczego to robisz? - spytałem, zły nie na żarty. Nie wierzyłem w to, co się dzieje – Nie prosiłem cię o pomoc!
 - Zwierzę, które kona, również nie prosi o pomoc, ale to wcale nie znaczy, że jej nie potrzebuje - odparł, cofając się z zasięgu światła świec, w mrok. - I nie znaczy, że jej ode mnie nie dostanie.
 - Nie jestem zwierzęciem! - ryknąłem, czując narastającą gdzieś w środku desperację – Nie jestem...!
 - ...Nie jesteś. Z pewnością – przerwał mi – Ale właśnie zachowujesz się jak wilk zaplątany we wnyki. Uspokój się, to przestanę cię tak traktować. Warczałeś i rzucałeś się po łóżku, musiałem cię związać, żebyś nie zrobił sobie krzywdy, rozumiesz?
 - Gdzie się znajdujemy? - zignorowałem jego wyjaśnienie – W Niebie?
 - Jesteś u mnie w domu – powtórzył obcy mi uzdrowiciel – W środku lasu. Nie umarłeś, choć bardzo się o to starałeś. Jeśli o to pytasz. A teraz powinieneś coś zjeść. Mogę cię nakarmić, czy będziesz stawiać opór?

Szarpnąłem się w więzach. Oddychałem ciężko, ale nie miałem już krwi w ustach. Musiałem przyznać, że nic mi już nie dolegało. Fizycznie. Nie czułem wcale bólu.

 - Nie wiem kim jesteś, ani jak tu się znalazłem. I ty nie wiesz, kim jestem. Jestem mordercą. I kłamcą. Zawodowym, można powiedzieć. Popełniłeś błąd, utrzymując mnie przy życiu. - wywarczałem, odnajdując w sobie stare pokłady nienawiści, które mogłem nagle ukierunkować na jedną osobę.

Chłopak stał w cieniu, a biel jego szat nadawała mu wyglądu zjawy. Był iluzoryczny jak sen. Równie dobrze mógłby nie istnieć. Patrzyłem na jego świecące oczy, pozwalając, by zalała mnie wściekłość. Słuchałem – nie słuchając. Czekałem na chwilę, żeby się wyrwać.

 - Nie popełniłem żadnego błędu. Każdy zasługuje na drugą szansę. A ty jesteś teraz bezradny jak przerażone szczenię trzymane w worku, zaś jedyne, o czym marzyłeś przez całe życie, to być docenionym i zauważonym. I kochanym. Nie obwiniaj się. To nie jest grzech, który sobie wypominasz. - odrzekł spokojnie, przytrzymując twardo moje rozpalone spojrzenie.

Prawda w jego spostrzeżeniu zmroziła mnie do cna. On wiedział. Nie wiem jakim sposobem, ale sprowadził całe moje życie do kilku banalnych słów. I miał w tym rację.

Mierzyliśmy się wzrokiem i przegrywałem. A przegrywając, robiłem się jeszcze bardziej zły.
Nie zostało mi już nic. Duma, honor, poczucie własnej wartości? To wszystko zniknęło tam, przy palu. O co miałbym się z nim kłócić? Chyba tylko dla samej kłótni. Może dlatego byłem zły. Nie miałem nic, o co mógłbym walczyć. Mógłbym zachować się jak poszczute zwierzę i wściekać dla samej wściekłości, ale obaj przecież znaliśmy przyczynę. To bezradność mnie nakręcała. Ja, sławny Mordred, syn legendarnego i osławionego króla Artura, nie potrafiłem odnaleźć się w rzeczywistości kaleki. Nie miałem się za mężczyznę ani za człowieka. Byłem niczym.
Odwróciłem głowę.


 - Nie mam wyboru, tylko muszę cię słuchać, prawda? - spytałem z niechęcią, zagryzając zęby w stłumionej wściekłości. - W porządku. Nakarm mnie. Odstawiajmy tę szopkę dalej. Tylko przeciągasz moje cierpienie. Ale skoro cię to bawi...
 - Jesteś zdrowy – oznajmił mi, odchodząc gdzieś dalej i biorąc talerz z zupą, której zapach dotarł do mnie dopiero teraz – Uleczyłem cię ze wszystkich ran.

Zaśmiałem się sucho. Ran? To nic dla mnie nie znaczyło. Rany były symbolem walki, dowodem odwagi. Co mogły mnie obchodzić, skoro byłem do nich przyzwyczajony od dziecka?


 - Nie. Z jednej mnie nie uleczysz, nigdy. Ani ty, ani nikt inny – odrzekłem, wspierając głowę o miękką poduszkę i zapatrując się w sufit – Nie rozumiesz? Ból mi nie przeszkadzał. To nierozłączna część bycia wojownikiem. Ale teraz jestem nikim. Stałem się nikim i nie ma dla mnie żadnej przyszłości. Przegrałem wojnę i przegrałem życie, i nie miałem nawet okazji na honorową śmierć. Już nigdy nie będę mieć, bo każda będzie równie żałosna. Dlatego chcę mieć ją z głowy. Nie ułatwiłeś mi tego.

Kiedy przyszedł z jedzeniem i usiadł obok mnie, ujął mnie za brodę, po czym spojrzał mi z
bliska w oczy; jego były ogniście złote, a moje czarne i puste.

- Tak? Co dokładnie czyni cię nikim?- zapytał chłodno.
 
- Dobrze wiesz. - wycedziłem – Sam sobie odpowiedz.
- Nie. Nie wiem. - podjudzał mnie dalej – Powiedz mi. Jasno i prosto.

Chciałem chwycić go za włosy i odepchnąć, uderzyć, wrzasnąć mu w twarz.

Zamiast tego, uśmiechnąłem się do niego bez wesołości. Tak cynicznie, jak tylko potrafiłem.

 - Wykastrowali mnie i wystawili na pośmiewisko. Zabrali mi dalsze życie. Nie założę rodziny, nie zdobędę tronu. Nie będę już nigdy czuć przyjemności. Wystarczająco jasno, czy opowiedzieć ci o tym dokładniej, w szczegółach? Tego chcesz?

Milczał, ale wiedział przecież, jakiej odpowiedzi się spodziewać. Ja jednak z pewnością nie byłem przygotowany na jego kontrę.


 - Tak łatwo dałeś się złamać? Zniszczyło cię odebranie męskich atrybutów? - uniósł brew - Ach, to zapewne nie wiesz, że w twoim ukochanym Camelocie podobne zabiegi przeprowadza się dwunastolatkom, żeby lepiej śpiewali w waszych chórach? I młodym klechom, jeśli nie są wystarczająco cnotliwi? No i oczywiście wszystkim tym, którzy wykazują jakikolwiek przejaw magii... Im przede wszystkim, dasz wiarę? - odpowiedział na mój uśmiech, zimno i obco – Nie unoś się jak skrzywdzone dziecko, nie tylko ty jesteś ofiarą. Wiele kultur ma podobne zapędy. Lepiej przyzwyczaj się do nowego życia, tylko tak udowodnisz, że jesteś coś wart. A teraz jedz. - wepchnął mi łyżkę w usta, zanim zdołałem coś odpowiedzieć – Są nawet całe wyznania, które kastrują się tylko po to, by zyskać przychylność bogów, bądź zdobyć więcej sił magicznych. Twoja matka wiedziała sporo o magii, dobrze pamiętam? Morgana. Czarownica z Avalonu. Ta, która niczego nie zdołała cię nauczyć, choć masz po niej moc... Szkoda. Wielkie marnotrawstwo. - nakarmił mnie kolejną porcją zupy, bo nie byłem w stanie wydusić słowa – Byłbyś dużo lepszym czarodziejem, niż żołnierzem.
Zamknął mnie tym na dobre, i zdołałem się odezwać dopiero wtedy, gdy zjadłem wszystko.

- Kim jesteś? Aniołem? Bogiem? Jasnowidzem? - zapytałem w końcu z niechęcią.
 - Nazywam się Samandriel i nie mam zupełnie nic wspólnego z waszymi wierzeniami. Jestem po prostu kimś, kto szczęśliwie uratował ci skórę. Tu jesteś bezpieczny. I możesz odejść kiedy ci się spodoba, jeśli cię rozwiążę.

Zastanowiłem się dłuższą chwilę, męczony ciągle wewnętrznymi pytaniami. Było ich coraz więcej.
 - Skoro nie jesteś aniołem i z pewnością nie jesteś człowiekiem, to czym...?
 - Raczej kim, Mordredzie. - poprawił mnie chłopak - Elfem. Przedstawicielem rasy, która już dawno wycofała się z waszego świata. Nie dziwię się, że o nas nie słyszałeś. Minęły wieki, odkąd słuch o nas zaginął. Zadbaliśmy o to.
 - Skąd znasz moje imię? - warknąłem dużo ostrzej, niż zamierzałem. Ów ,,elf" natychmiast zrobił się dziwnie obcy, chłodny i zdecydowanie nieludzki.
 - Majaczyłeś. Zdążyłem już poznać cały twój życiorys... kilkakrotnie. - odparł bezbarwnym głosem, wbijając we mnie wzrok zimny jak lód.

Spasowałem.
 - Ja...Wybacz, nie chciałem... To znaczy... Nie wiedziałem, że... - i poplątałem się w wyjaśnieniach. Ja, wielki intrygant, najlepszy kłamca Brytanii, nagle zgłupiałem. Nie wiedziałem, jak do niego podchodzić. Zupełnie. - Przepraszam za swoje zachowanie. Wychodzę na niewdzięcznika. - powiedziałem w końcu z westchnieniem i aż się zdziwiłem swojemu tonowi głosu.
Elf popatrzył na mnie błyszczącymi oczyma. Po mojej skórze przebiegły dziwne, nie do końca nieprzyjemne ciarki.

 - Nigdy...Więcej... Nie podnoś na mnie głosu. - powiedział, na pozór obojętnie, ale wiedziałem, że kryła się za tym jakaś groźba - Słyszę cię bardzo dobrze, nawet z daleka.

Wstał, żeby odstawić miskę i kręcił się dłuższą chwilę, dodając szczap drewna do płonącego kominka. Obserwowałem w tym czasie jego plecy, coraz szybciej zapominając o sobie, za to z coraz większym zainteresowaniem zastanawiając się nad nim.
 Nie zachowywał się jak mężczyzna, ale z pewnością nie był kobietą. Jego ruchy niosły w sobie grację, której próżno było szukać nawet u najbardziej utalentowanych tancerek. Stąpał lekko, bezgłośnie. Jego ciało było smukłe i sprawiało wrażenie niezwykle delikatnego, tak, jak miałem okazję zauważyć po miękkości skóry. Z drugiej strony miał w sobie coś drapieżnego. Jego reakcje... Każda zdawała się być ściśle kontrolowana. Może tylko starał się sprawiać wrażenie słabego. Może było dokładnie na odwrót. W innym wypadku jak niby miałby mnie unieść? I związać, jeśli faktycznie tak się rzucałem? Wiedziałem, że jestem silny i masywny. Dużo ćwiczyłem, by moje ciało składało się z twardych mięśni. Elf był moim zupełnym przeciwieństwem.
 Nie mogłem oderwać od niego wzroku. Fascynował mnie i irytował jednocześnie.


 - Jesteś strasznie spięty – oznajmił nagle, patrząc w ogień – Dawno nie byłeś z kobietą?

Moje zdziwienie pogłębiło się jeszcze bardziej. Elf był nie tylko nadzwyczajnie domyślny, ale też bardzo prostolinijny. Choć to może tylko przypadłość uzdrowicielska. Kwestia zawodu, tak to sobie tłumaczyłem.


 - Twierdzisz, że jestem spięty, za pomocą patrzenia w płomienie? - wykręciłem się od odpowiedzi, zażenowany nagle jego pytaniem.
 - Za pomocą nasłuchiwania szybkości rytmu twojego serca oraz odpowiedniej wielkości źrenic, kiedy na mnie patrzyłeś – odparł, niewzruszony.

Jeśli chciał mnie zawstydzić, udało mu się. Oczywiście, że dawno nie byłem z kobietą. Na dwa tygodnie przed walką zamykałem się w komnacie i snułem plany, kolejny tydzień spędziłem w podróży na kłótniach z saksonami, zaś ostatnie dni przeleżałem bez sił pod jego opieką.


 - Ja... - nie wiedziałem, czy mogę mu po prostu nie odpowiedzieć. Wolałem nie kłamać – Taak, chyba dawno. Ale nie chcę, żebyś mi o tym przypominał. - skrzywiłem się z niechęcią do samego siebie – I nie bierz tego osobiście. Po prostu... Cóż, teraz i tak na to nie zaradzę. Nie ulżę sobie. Już nigdy, jak wiadomo. Zamknijmy ten temat, w porządku? Jeśli mam tu do reszty nie zwariować.
 - Dlaczego miałbyś sobie nie ulżyć? Składałeś jakieś śluby czystości? - zakpił elf, a przynajmniej tak to odebrałem. Był strasznie bezczelny z tą swoją bezpośredniością.
 - Przestań w końcu! Bawi cię to?! - wybuchłem, zaciskając ręce w pięści i próbując uwolnić się z więzów – Nie jestem inwalidą umysłowym, skończ wreszcie z tymi docinkami! Rozebrałeś mnie, związałeś i teraz będziesz kpić? O to właśnie ci chodzi? Że nie mogę nic zrobić? Ooch, jakie to zabawne, boki zrywać! - wysyczałem z jadem w głosie.
 - Nie udawaj idioty, zadaję ci proste pytania i oczekuję jasnej odpowiedzi. – odciął się Samandriel – Chyba, że jesteś prawiczkiem i nie masz pojęcia o własnej anatomii, wtedy nie będę pytać.

Zbaraniałem. Zaraz zaraz, co on mi właśnie sugerował?
 - Mam świetne pojęcie! - zapewniłem odruchowo - Ale najwyraźniej źle mnie oceniasz. Nie jestem... - zaciąłem się, dziwnie zgorszony, że tamten w ogóle o tym pomyślał – Nie jestem zainteresowany mężczyznami, jasne? - wyjaśniłem, zdecydowanie mniej pewien siebie.
 - Aha. Taak. Pewnie. - ton jego głosu nie wskazywał na zrozumienie – Skoro tak twierdzisz, nie będę cię uświadamiać na siłę. Ale wiedz, że beznadziejny z ciebie kłamca.

Dawno nie byłem tak zbulwersowany.
Do diabła, co on mi tu wmawiał?! Wcale nie patrzyłem na niego jak na kobietę! Wcale!


 - Podwyższone ciśnienie. Szybki oddech. Źrenice niczym dyski. ,,Zupełnie” nie patrzyłeś na moje pośladki. - wymieniał, z tym samym, beznamiętnym wyrazem twarzy – Albo ja o czymś nie wiem, albo zażyłeś narkotyki o pobudzającym działaniu. W każdym innym wypadku – kłamiesz.

Milczałem.


 - Denerwujesz się, patrząc na mnie. Obserwujesz moje ruchy. Nadstawiłeś się pod mój dotyk, kiedy byłeś półprzytomny. Wdychałeś mój zapach, kiedy cię karmiłem. Obstawiam więc, że nie jesteś ze sobą szczery. Czyli ze mną również nie jesteś. Potraktuję to jako niewiedzę. Otóż, wracając do tematu, nadal masz możliwość odczuwania przyjemności. Ponieważ w twojej kulturze to temat tabu, potwierdzę twoje obawy i powiem że tak, owszem, taka przyjemność powstaje w wyniku ,,grzesznego” jak to nazywacie, seksu.

Nadal milczałem, teraz jeszcze bardziej spięty.


 - To już koniec wykładu. Uspokój się. Strach do ciebie nie pasuje.
 - Nie boję się ciebie – odgryzłem się zaraz, choć miał przecież rację.
 - Twoje kłamanie mnie nuży – odparł, przyglądając się swoim dłoniom. Udał, że nie patrzy, ale patrzył na mnie, na moje zmieszanie.

Wśród swoich uchodziłem za świetnego kłamcę. Tu jednak okazywało się to bezcelowe. Wyczuwał kłamstwa, jak psy czują trop zwierzyny.
 - Mam powód, by się ciebie obawiać? - spytałem w końcu. Wolałem wiedzieć, jaki elf miał w tym wszystkim cel. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto pomaga dla zysku, ale wolałem się upewnić.
 - Masz powód, by obawiać się siebie – powiedział, a potem podszedł do mnie i usiadł na łóżku. - To ty chcesz się zabić. Ja chcę tylko, żebyś wyzdrowiał.

Spojrzałem na jego ręce. Wierzch dłoni pokrywały mu bladoniebieskie tatuaże. Dotknął mojej twarzy, a potem klatki piersiowej.

Przeszedł mnie dreszcz.

 - Co robisz? - spytałem podejrzliwie, faktycznie zdając sobie sprawę z tego, że elf był dla mnie atrakcyjny – Co ty chcesz zrobić? - uściśliłem, chyba z coraz większą paniką, a przez to z nową agresją – Zejdź ze mnie! - warknąłem, kiedy swobodnie usiadł na moich biodrach – Złaź, to nie jest zabawne!
 - Bądź cicho. Będziesz zadowolony. Popatrz. - wyprostował się, zarzucił włosami do tyłu i odsłonił alabastrową szyję, powoli przesuwając po niej długimi palcami – Po prostu patrz. - i zassał je lekko, po kolei, rzucając mi prowokujące spojrzenie.

Serce waliło mi jak szalone, kiedy jego dłoń zsunęła się niżej, gdy odkrył z obojczyka pas leistego materiału, pokazując kolejny skrawek nagiej skóry.

Poruszył leniwie biodrami, symulując pobudzanie mnie.
Zsunął nieco drugą stronę szaty, a ja miałem już wyraźnie ciężki oddech.
 Szybko wycofałem założenie, że nie podobają mi się mężczyźni. Wprawdzie w tym, co robił elf nie było nic męskiego, ale każdy jego ruch był tak erotyczny, że gdybym tylko mógł, na pewno byłbym już twardy.
 - Przestań...- wyszeptałem, tym razem już bez nuty przekonania.
 - Nie tego chcesz.

I jak tu dyskutować z kimś, kto prawdopodobnie czyta ci w myślach? To była beznadziejna walka. Ponosiłem pasmo przegranych. Ciągle i nieodmiennie. Choć akurat ta przegrana wcale nie była nieprzyjemna.

 Gotowałem się w środku, ze złości, bezsilności i podniecenia. Nie wiedziałem, dlaczego to robił, ani co chciał tym osiągnąć, dopóki jego dłoń nie zsunęła się niżej, i dopóki nie zaczął się dotykać w sposób, który wywołał u mnie rumieńce.
 Kiedy obsunął sobie spodnie z bioder, jego palce wsunęły się między pośladki. Wyglądał na bardzo zadowolonego z robienia sobie dobrze, ale to przedstawienie było zrobione specjalnie dla mnie. Albo chciał, żebym odszedł od zmysłów, albo... Sam nie wiem... instruował mnie?

 - Czy według ciebie robię coś złego? - zapytał cicho, bacznie obserwując moje reakcje.
Pokręciłem głową, gdyż język mnie zawiódł. Z trudem przełknąłem ślinę.
Ja naprawdę miałem wcześniej jakieś uprzedzenia względem takiego seksu?
 - Chciałbyś, żebym zrobił tak tobie?
I znów nie mogłem wydusić ani słowa. Zacisnąłem w pięściach sznur, który przywiązywał mnie do łóżka i przytaknąłem mu półprzytomnie, nie mając pojęcia, czego mogę oczekiwać.
 - Wypuść mnie. - zaryzykowałem prośbę.
Elf wdzięcznie odchylił głowę w tył.
 - Ha, ha. - wyszeptał z przymkniętymi oczami – Nie. - odmówił mi twardo - Nie teraz.
Jego dłoń przesunęła się niżej, na moje krocze. Miał bardzo zręczne palce. Manewrował nimi nad wyraz ochoczo. Szarpnąłem się, nieprzyzwyczajony do takiego dotyku. Nie było nieprzyjemnie. Raczej podniecająco. Choć dziwnie. Zdecydowanie inaczej, niż byłem przyzwyczajony.
 - Tak dobrze? - spytał, kiedy usilnie starałem się nie wydać z siebie żadnego nieplanowanego dźwięku – Aach, widzę już, nic nie mów...

Wsunął palce jeszcze głębiej. Tak, w tym momencie nie pomogło mi nawet zaciskanie zębów. Słyszał to, co chciał usłyszeć. Stęknięcia zapinanego faceta. A potem jęki, kiedy dotykał gdzieś bardziej wrażliwego miejsca. I nie był w tym delikatny. Ani trochę.
 Spiąłem wszystkie mięśnie, dysząc ciężko i nieregularnie, czując, jak napięcie gdzieś w środku rozlewa się po ciele coraz przyjemniejszym i bardziej uzależniającym ciepłem. Jak to robił? Nie wiedziałem. Jednak jakoś przestał przeszkadzać mi fakt bycia związanym. Zapomniałem o tym zupełnie. I, tak jak zapowiedział, byłem zadowolony.
Przelała się po mnie fala gorąca. Uderzyła do głowy niczym absynt, a wszystkie mięśnie zwiotczały nagle, w drugiej fali – ulgi. Naprawdę szybko poszło. Chyba niewiele było mi trzeba w stanie, do jakiego mnie doprowadził.

Samandriel dał mi chwilę na złapanie oddechu, a potem ułożył się na mnie wygodnie i wsparł podbródek ręką. Łokieć oparł o mój bark. W jego oczach błyskały wesołe iskierki.
 - I jak, pomogłem trochę? - zagaił, choć wiedziałem, że świetnie zna odpowiedź – Nie chcesz się już zabijać?
 - Jesteś okropny. – sapnąłem, choć zdołał już zarazić mnie swoim uśmiechem – Robisz tak każdemu pacjentowi? Każdemu niszczysz przyszłościowe plany?

Zacmokał. Tknął mnie w nos.
 - Nie. Tylko czarnookim brunetom. Z masochistycznymi zapędami.
Był naprawdę okropny. W swojej idealności. Paskudnie okropny. Nie do wytrzymania.
 - Wypuścisz mnie teraz? - spróbowałem prośby, mając wielką ochotę wypróbować dopiero co zdobytą wiedzę – na nim.
 - Może? - droczył się ze mną w najlepsze – Najpierw przekonasz mnie, że przyswoiłeś sobie dzisiejszą lekcję.
 - Lekcję? To znaczy? - uniosłem brew.
 - Okłamywanie mnie jest bezcelowe, Mordredzie.